Brutalna weryfikacja Jagiellonii. Słowa Siemieńca brzmią śmiesznie

2 godzin temu
Trener Fiorentiny - Paolo Vanoli - w środę zostawił największe gwiazdy we Florencji, a w czwartek na mecz z Jagiellonią Białystok wystawił mocno rezerwowy skład. Mimo to drużyna Adriana Siemieńca nie wykorzystała szansy na magiczny wieczór w Lidze Konferencji i przegrała dotkliwie 0:3 z dwukrotnym finalistą tych rozgrywek.
To była lekcja pokory. Nieobecność w Białymstoku największych gwiazd Fiorentiny dawało nadzieję na dobry wynik dla drużyny Adriana Siemieńca. Rzeczywistość okazała się jednak inna, brutalna i - zwłaszcza w drugiej połowie - Jagiellonia mocno odstawała od 18. w tej chwili drużyny Serie A. Okazało się, iż osiem zmian, jakich dokonał Vanoli, nie osłabiło jego zespołu tak bardzo jak nieobecność Afimico Pululu i Tarasa Romanczuka w Jagiellonii.

REKLAMA







Zobacz wideo Awantura w studiu! Kosecki: Na kolanach do kibiców i "dziękujemy, iż nam nie wp*********ście"



Fiorentina - jak włoska drużyna w starym stylu - najpierw doskonale zabezpieczyła dostęp do własnej bramki, a później bezlitośnie wykorzystała swoje szanse i błędy Jagiellonii. - Zapamiętacie po meczu - śmiał się Siemieniec do włoskich dziennikarzy, gdy ci pytali, jak wymawia się jego nazwisko. Apetyty w Białymstoku były spore, ale ostatecznie Jagiellonia została brutalnie sprowadzona na ziemię. Wydaje się, iż przyszłotygodniowy rewanż we Florencji to już tylko formalność.
Koszmarny sezon Fiorentiny
W teorii, na pierwszy rzut oka Jagiellonia nie miała czego w tej rywalizacji szukać. W końcu jej przeciwnikiem była 6. drużyna poprzedniego sezonu jednej z najsilniejszych lig na świecie, jaką jest Serie A. Fiorentina to też zespół, który w ostatnich latach bardzo dobrze spisywał się w Lidze Konferencji.
W sezonach 2022/23 i 2023/24 Włosi byli o krok od zdobycia tego trofeum, jednak w finałach przegrywali kolejno z West Hamem United (1:2) i Olympiakosem (0:1). W poprzednich rozgrywkach Fiorentina dotarła do półfinału, gdzie wyeliminował ją Real Betis. Hiszpanie rundę wcześniej wyeliminowali też Jagiellonię.
Gdyby na rywalizację drużyny Siemieńca z Fiorentiną spojrzeć tylko przez pryzmat europejskiego doświadczenia i wartości poszczególnych piłkarzy, Białostoczanie nie mieliby czego w niej szukać. Ale to tylko teoria. W praktyce Fiorentina rozgrywa w tej chwili jeden z najgorszych sezonów w swojej historii.



Paolo Vanoli, który prowadzi zespół od 7 listopada zeszłego roku, jest już jego drugim trenerem w tych rozgrywkach. Od początku sezonu koszmarne wyniki osiągał Stefano Pioli, który z 14 meczów wygrał tylko cztery. Wszystkie w europejskich pucharach.
W efekcie Fiorentina drży dziś o utrzymanie w Serie A. Mimo iż za kadencji Vanoliego drużyna poprawiła wyniki, to wciąż znajduje się w strefie spadkowej. Fiorentina - która w Serie A wygrała raptem cztery spotkania - zajmuje dopiero 18. miejsce i ma trzy punkty straty do zajmującego bezpieczną pozycję Lecce. Dlatego rywalizacja z Jagiellonią zeszła dla Włochów na dalszy plan.
Rezerwy Fiorentiny w Białymstoku...
- W czwartek gramy istotny i trudny mecz i jak zawsze chcemy wygrać. Nie szukamy żadnych wymówek. Ani w postaci kiepskiego boiska, ani w tym, iż gramy na wyjeździe. Nie chcę też słyszeć o tym, iż zagrają rezerwowi. Dla mnie nie ma pierwszego i drugiego składu. Wszyscy są ważni - zapewniał Vanoli na środowej konferencji prasowej.
Trener Fiorentiny dostał jednak sporo pytań na temat swojego podejścia do tej rywalizacji, bo w kadrze jego drużyny na mecz w Białymstoku nie brakowało niespodzianek. We Włoszech zostały największe gwiazdy Fiorentiny: bramkarz David de Gea, napastnik Moise Kean, pomocnik Marco Brescianini czy skrzydłowy Dodo.



W sumie w porównaniu do sobotniego meczu ligowego z Como (2:1) Vanoli dokonał aż ośmiu zmian w podstawowym składzie. Trudno o bardziej jednoznaczne wskazanie, które rozgrywki są w tej chwili priorytetem dla Fiorentiny. Zwłaszcza iż w poniedziałek czeka ją mecz ligowy z Pisą, czyli sąsiadką w tabeli. I w pierwszych minutach meczu w Białymstoku wydawało się, iż Jagiellonia to skrzętnie wykorzysta.
Gospodarze zaczęli bez żadnego strachu i zbędnego respektu dla rywala. Jagiellonia chciała grać jak w ekstraklasie: ofensywnie i z polotem. Piłkarze Siemieńca odważnie wymieniali podania, próbowali indywidualnych akcji. I mieli sporo luzu tak jak Norbert Wojtuszek, który odważnym dryblingiem wyszedł spod pressingu pod własnym polem karnym.
Niestety w czwartek osłabiona była nie tylko Fiorentina. Siemieniec co prawda nie mógł skorzystać tylko z dwóch piłkarzy, ale za to absolutnie kluczowych: najlepszego napastnika - Pululu - i kapitana, lidera środka pola - Romanczuka. Szczególnie istotna okazała się absencja tego pierwszego. Zastępujący Pululu Samed Bazdar ani nie tworzył zagrożenia pod polem karnym Fiorentiny, ani nie potrafił utrzymać się przy piłce. Słowem: był kompletnie niewidoczny. Mimo iż Jagiellonia grała przyjemniej dla oka i miała optyczną przewagę, to zupełnie nic z niej nie wynikało.
I wydaje się, iż ta ofensywna niemoc frustrowała Jagiellonię i lekko podcięła jej skrzydła. Fiorentina, która na początku meczu skupiła się tylko na bronieniu dostępu do własnej bramki, z każdą minutą grała coraz odważniej. Mimo iż Sławomir Abramowicz pierwszy raz dotknął piłki dopiero w 19. minucie i to 40 metrów przed własną bramką, to jeszcze przed przerwą ratował Jagiellonię przed stratą gola.



... za mocne dla Jagiellonii
Przerwa nie odmieniła drużyny Siemieńca. Na drugę połowę gospodarze wyszli przestraszeni, jakby po drugiej stronie stał co najmniej najsilniejszy skład Fiorentiny. Już w pierwszych pięciu minutach po przerwie dwie doskonałe okazje miał Cher Ndour, jednak jeszcze wtedy dobrze bronili gospodarze. Najpierw Włocha zablokował Bernardo Vital, a chwilę później Leon Flach. W 53. minucie Jagiellonia już tyle szczęścia nie miała i Włosi objęli prowadzenie po stałym fragmencie gry i strzale z bliska Luki Ranieriego.
To była woda na młyn dla Fiorentiny, która mogła wrócić do ustawień fabrycznych na to spotkanie i skoncentrować się przede wszystkim na defensywie i czekaniu na szansę do skontrowania Jagiellonii. Mimo iż chwilę po golu Ranieriego w słupek trafił Bartłomiej Wdowik, to Fiorentina gwałtownie doczekała się sznasy na drugą bramkę.
I tę szansę znów wykorzystała, bazując na stałym fragmencie gry i indywidualnych umiejętnościach. W 66. minucie Włosi najpierw wyprowadzili efektowny kontratak, a chwilę później Rolando Mandragora tak przyłożył z rzutu wolnego, iż trudno byłoby znaleźć na świecie bramkarza, który odbiłby ten strzał.
Gra Jagiellonii się posypała. Mimo iż gospodarze próbowali atakować, to pierwszy celny strzał oddali dopiero w ostatnich minutach spotkania. Chociaż Fiorentina pozwalała gospodarzom wejść na ich połowę, to pod polem karnym wiele nadziei im nie zostawiała.



Tak samo było w ofensywie, w której Włochom pomagali też gospodarze. Ci w 80. minucie popełnili koszmarny błąd we własnym polu karnym, który zakończył się przewinieniem i jedenastką. Tę pewnie wykorzystał Roberto Piccoli i wydaje się, iż na rewanż Jagiellonia może już jechać tylko na wycieczkę. A tego - o czym sam mówił - Siemieniec chciał uniknąć najbardziej.
Niestety, to była brutalna lekcja. I przypomnienie, jaka przepaść dzieli nas od lig top 5 w Europie. Mimo iż do Białegostoku przyjechała mocno osłabiona drużyna ze strefy spadkowej, to choćby ona brutalnie odarła Jagiellonię z marzeń o magicznym wieczorze.
Idź do oryginalnego materiału