Dwie minuty wstrząsnęły Legią. "Wstyd. Żenada. Kompromitacja. Frajerstwo"

5 godzin temu
Takiego rollercoastera i horroru kibice Legii nie przeżyli dawno. Drużyna Edwarda Iordanescu po dogrywce zremisowała 3:3 z Hibernianem i awansowała do fazy zasadniczej Ligi Konferencji. Legioniści byli jednak o krok od katastrofy i mecz ze Szkotami drastycznie obnażył jej braki.
To była chwila, w której kibice i piłkarze Legii zamarli kolejny raz tego wieczoru. W 124. minucie meczu przy Łazienkowskiej strzał głową Kierona Bowiego w nieprawdopodobny sposób odbił Kacper Tobiasz, który w ten sposób zapewnił drużynie Edwarda Iordanescu awans do fazy zasadniczej Ligi Konferencji. Chwilę później bramkarz Legii utonął w ramionach kolegów, a kibice na "Żylecie" skandowali jego nazwisko.


REKLAMA


Zobacz wideo "Nie dostał pracy za nazwisko". Syn Czesława Michniewicza poszedł w ślady ojca


Takiego horroru przy Łazienkowskiej kibice nie przeżyli dawno. Warszawiacy prowadzili do przerwy z Hibernianem 1:0 i w dwumeczu 3:1, by w drugiej połowie szokująco stanąć i podłączyć rywala do tlenu. Szkoci w 11 minut strzelili trzy gole i byli o krok od awansu. Legię uratował gol Juergena Elitima w doliczonym czasie gry i Milety Rajovicia w dogrywce.
"Wstyd. Żenada. Kompromitacja. Hańba. Frajerstwo" - niemal do ostatnich sekund meczu cisnęły się na usta słowa ze słynnej okładki "Faktu" po występie reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w 2006 r. Na szczęście w przypadku Legii efekt końcowy był inny. I szczęście tutaj to dobre słowo.
Dwie minuty, które wstrząsnęły Legią
To były dwie minuty, które wstrząsnęły Legią i jej kibicami. Najpierw w 59. minucie gola na 2:1 dla Hibernianu strzelił Martin Boyle, a chwilę później na 3:1 podwyższył Miguel Chaiwa. Zszokowani piłkarze Iordanescu bezradnie patrzyli się jeden na drugiego, a z trybun popłynęły krótkie, ale przeraźliwe gwizdy. Nikt przy Łazienkowskiej nie miał pojęcia, co się właśnie wydarzyło.


Nie wiedzieli tego ani kibice Legii, ani tym bardziej jej piłkarze i Iordanescu, który momentalnie schował się na ławce rezerwowych i zaczął obmyślać plan ratunku, bo jego drużyna była poza fazą zasadniczą europejskich pucharów. kilka wiedzieli też fani Hibernianu, którzy po golu Chaiwy byli w ekstazie. Trudno słowami opisać to, co działo się w sektorze gości po trzecim golu dla Szkotów. Golu, który dawał im historyczny awans do fazy zasadniczej Ligi Konferencji.


Nie było jednak tak, iż dwa gole dla Hibernianu wzięły się z przypadku. Pierwszym zwiastunem wielkich problemów legionistów nie był choćby gol na 1:1, którego w 50. minucie strzelił Rocky Bushiri. To, co robili piłkarze Iordanescu od pierwszej sekundy drugiej połowy, wołało o pomstę do nieba. To był skandal i jedno wielkie nieporozumienie.
Po 45 minutach rewanżu w Warszawie Legia prowadziła w dwumeczu 3:1 i miała wszystkie argumenty po swojej stronie. Wystarczyło "tylko" spokojnie dowieźć prowadzenie, albo po prostu dobić słabszego przeciwnika. Ale gospodarze na drugą połowę po prostu nie wyszli. Oni myślami byli gdzie indziej, przez co przywrócili rywalom wiarę w sukces.
Tak sparaliżowanej, tak zszokowanej Legii na własnym stadionie nie widzieliśmy dawno. Słaba od 46. minuty drużyna po golu na 1:1 sprawiała wrażenie zlepku 11 graczy o betonowych nogach. Wizja nadchodzącego wielkimi krokami koszmaru i maksymalnie nakręcony przeciwnik sprawili, iż gospodarze w ogóle przestali istnieć.
Nerwowe pożegnanie Ziółkowskiego
Na boisku panował bałagan, chaos i przypadek, czyli wszystko to, czego potrzebował Hibernian, by rozbić Legię i wrócić do rywalizacji. Żaden z piłkarzy gospodarzy nie był w stanie uspokoić sytuacji, przywrócić drużyny do równowagi. Zrobił to dopiero gol Elitima na 2:3, który - nomen omen - również był wynikiem chaosu.


Na szczęście z chaosu - i boiskowego, i taktycznego - urodził się też trzeci gol autorstwa Rajovicia. Legia, która kończyła podstawowy czas gry z trzema napastnikami, w dogrywce musiała się gwałtownie przegrupować i dalej walczyć o awans.
Po golu Rajovicia wydawało się, iż będzie to proste. Ale przecież Legia nie byłaby sobą, gdyby nie utrudniła sobie zadania. Tym razem po czerwonej kartce dla Jana Ziółkowskiego. Ziółkowskiego, który w czwartek pożegnał się z klubem.
W piątek środkowy obrońca ma podpisać kontrakt z AS Roma. W czwartek po zakończeniu meczu Ziółkowski pożegnał się z kibicami. Zawodnik najpierw otrzymał opaskę kapitana od Tobiasza, a potem podszedł pod "Żyletę", gdzie oddał koszulkę i wymownymi gestami podziękował za wsparcie. Na pewno nie tak nerwowego pożegnania się spodziewał.


Legia miała wszystko w swoich rękach
A przecież wcale nie musiało tak być. Jak wspominaliśmy, do przerwy Legia miała wszystkie karty w swoich rękach. Ale widocznie zapomniała o przestrodze własnego trenera. - Nic nie pozostało rozstrzygnięte. jeżeli chcemy awansować do Ligi Konferencji, musimy zagrać maksymalnie skoncentrowani i na najwyższym poziomie. Gdybyśmy w Szkocji 3:0, byłaby inna rozmowa, a tak mamy tylko gola przewagi. Przypomnę, iż Hibernian prowadził na wyjeździe z Midtjylland i wygrał w Belgradzie. To bardzo groźna drużyna - mówił w środę Iordanescu.


Trener Legii przestrzegał swoich piłkarzy przed zlekceważeniem Szkotów mimo zwycięstwa 2:1 w Edynburgu. I trudno mu było odmówić racji. W końcu Hibernian prowadził 1:0 na wyjeździe z Midtjylland w kwalifikacjach Ligi Europy, by ostatecznie zremisować w Danii 1:1. Po spadku do Ligi Konferencji Szkoci niespodziewanie wyeliminowali Partizana Belgrad, ogrywając Serbów na ich stadionie 2:0.
- Bramka zdobyta w końcówce pierwszego meczu odmieniła tę rywalizację. Wszystko jest możliwe - mówił przed rewanżem trener Hibernianu. I piłkarze Davida Gray'a zaczęli spotkanie w Warszawie z pełną wiarą w odwrócenie losów rywalizacji. W pierwszych minutach pod bramką Kacpra Tobiasza dwukrotnie było niebezpiecznie, jednak warszawiakom pomogli i bramkarz, i szczęście.
Legia znów miała problemy na początku meczu. Znów, bo przecież tak samo wyglądały pierwsze minuty zeszłotygodniowego spotkania w Edynburgu. Tym razem jednak warszawiacy szybciej odmienili obraz meczu. W Szkocji musieliśmy czekać do 35. minuty i gola Jeana-Pierre'a Nsame z rzutu karnego. W czwartek już w 13. minucie bramkę na 1:0 po indywidualnej akcji zdobył Wahan Biczachczjan.
Gol mocno ostudził zapały Szkotów. Po bramce Ormianina Legia przejęła inicjatywę i do przerwy dominowała na boisku. Jeszcze w pierwszej połowie warszawiacy mogli strzelić kolejne gole i ostatecznie zamknąć rywalizację, jednak w kluczowych momentach brakowało im spokoju. Hibernian? Jego piłkarze zniknęli na murawie, a kibice na trybunach. O ile Szkoci zaczęli głośny doping godzinę przed rozpoczęciem spotkania, o tyle mocno ucichli po golu Biczachczjana. Wtedy bowiem wydawało się, iż Legii nie może się stać nic złego. Wtedy nikomu choćby przez myśl nie przeszło, czego jeszcze doświadczymy przy Łazienkowskiej tego wieczora.


Mecz, który obnażył braki Legii
Można powiedzieć, iż w czwartek wieczorem legioniści oszukali przeznaczenie. Budowana na ostatnią chwilę drużyna prześlizgnęła się przez dwie rundy kwalifikacji Ligi Europy, by odbić się od ściany na Cyprze w pierwszym meczu z AEK Larnaka.
Meczu, który zdecydował o tym, iż legioniści, zamiast zapewnić sobie jesień w europejskich pucharach już dwa tygodnie temu, drżeli o nią do ostatnich sekund czwartkowego meczu z Hibernianem. I nic jak czwartkowy mecz nie będzie lepszym, ostatecznym ostrzeżeniem dla władz Legii.
Rewanż z Hibernianem obnażył wszystkie braki drużyny Iordanescu. Szkoci przede wszystkim ośmieszyli charakter legionistów. A raczej jego brak. Z jednej strony można pochwalić warszawiaków za gole na 2:3 i 3:3, ale z drugiej ich niemoc po bramkach Hibernianu z drugiej połowy była szokująca. Na boisku nie widać było żadnego lidera. Kogoś, kto nie tylko by machał rękoma, motywował. Przede wszystkim kogoś, kto wziąłby piłkę, ciężar gry na siebie i pociągnął zespół naprzód.
Odkąd z Legii odszedł Josue, drużyna nie doczekała się piłkarza na jego poziomie i z jego charakterem. A w czwartek doskonale widać było, jak bardzo go potrzebuje. Hibernian obnażył też beznadziejną grę obronną Legii w tym sezonie oraz - momentami - siermiężny styl gry, polegający na dziesiątkach wrzutek w pole karne.


Z końcówki podstawowego czasu gry - oprócz gola Elitima - zapamiętam też dwa obrazki. Siedzących na ławce, załamanego, niedowierzającego Artura Jędrzejczyka i trzymającego się za twarz Rafała Augustyniaka oraz beznadziejną, indywidualną akcję Migouela Alfareli, który skończył z piłką za linią końcową. Nerwy i boiskowa słabość najlepiej definiowały to, co działo się z Legią w drugiej połowie.
W ostatnich sekundach piłkarze Iordanescu mogli już tylko liczyć na cud. I ten cud się zdarzył. Ale Legia nie może wiecznie liczyć na cuda.
Idź do oryginalnego materiału