„Pieniądz. Uciekaj. Dostajesz dobrą pracę, więcej płacą i jest okej”.
Najwięcej i najczęściej, gdy mówi się o pieniądzach w żużlu, mówi się oczywiście o zarobkach zawodników. Co rusz, w trakcie okna transferowego, czyli adekwatnie od pierwszego tygodnia sezonu do końca roku kalendarzowego, słyszymy: „milion za podpis i 10 tysięcy za punkt”, „800 tysięcy za podpis i osiem za punkt”, „astronomiczne kwoty dla zawodnika średniej klasy jak…, który może zarabiać choćby 700 tysięcy za podpis i siedem tysięcy za punkt”, „zawodnik zarabia tyle, iż może zdobyć sześć-siedem punktów i wychodzi na zero”.
Żużel. To wtedy w Unii Leszno zaczęło dziać się źle? Zaskakujące słowa! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Poseł uniknął badania alkomatem. To były żużlowiec i ekspert – PoBandzie – Portal Sportowy
Dlaczego aż tyle płaci się zawodnikom? Czy rzeczywiście tyle potrzebują, aby osiągać bardzo dobre wyniki? Czy to pieniądz ostatecznie decyduje o tym, kto wygra bieg? Najlepszy i, według wielu źródeł, najlepiej zarabiający żużlowiec w Polsce, Bartosz Zmarzlik, w minionym sezonie był przecież jednym z liderów, o ile chodzi o liczbę defektów. Jego sprzęt zawodził częściej niż u wielu rywali.
Kluby płacą zawodnikom, realnie bądź wirtualnie, szalone pieniądze w porównaniu z poprzednimi latami, aby przekonać ich do wyboru tego czy innego ośrodka. A przykładowi panowie PP, czyli Paweł Przedpełski i Przemysław Pawlicki, mogą być opłacani niczym liderzy swoich drużyn, legitymując się pojedynczymi sezonami z wyskokiem formy, które przywracają ich do grona „Polskich Seniorów Liderów”.
„Pieniądz. To paliwo. Chwytaj go oburącz, gromadź i strzeż. Nowy wóz, kawior, czterogwiazdkowy hotel. Może kupię sobie klub?”
Pieniądze płyną w Polsce szerokim strumieniem. Kontrakt telewizyjny oraz umowy sponsorskie powodują, iż pojedyncze kluby mają budżety na poziomie nieosiągalnym dla całych lig za granicą. Dodatkowo najlepiej zarządzane kluby w Polsce generują zyski i potrafią, tak jak Sparta Wrocław, inwestować, płacić, zarządzać klubem, a przy tym jeszcze odłożyć niemałą kwotę.
Z drugiej strony mamy patronów klubów, którzy często są jednocześnie ich głównymi sponsorami czy właścicielami, jak chociażby Witold Skrzydlewski w Łodzi. Bo sport, nie tylko żużlowy, dla osób dysponujących niemałą fortuną często staje się kolejnym rodzajem hobby – zabawką, a czasem również sposobem na wspieranie i promowanie podstawowych źródeł ich utrzymania.
Właściciel klubu rzadko kiedy zarabia na samym posiadaniu klubu sportowego. Zwykle jest to większa lub mniejsza studnia bez dna. Nie może więc szczególnie dziwić, iż właściciele klubów, również w Polsce, trochę w stylu arabskich właścicieli znanych z innych dyscyplin, oczekują wyników. A kiedy ich nie ma, albo zwijają interes, albo zakręcają kurek.
Żużel. PRES Toruń znajdzie żużlowe perełki? interesujące nazwiska na Motoarenie! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Komarnicki uderza we władze! „Durnota i to do kwadratu!” – PoBandzie – Portal Sportowy
Trudno takim właścicielom, ale jak się okazuje również sponsorom, zrozumieć jedno: wyłożenie małej fortuny nie oznacza automatycznie zwycięstw. Nie ma w sporcie, szczególnie tak nieprzewidywalnym jak żużel, prostego przełożenia pomiędzy ilością pieniędzy a liczbą zwycięstw. Gdyby tak było, to na przykład w finale Metalkas 2. Ekstraligi nie byłoby PSŻ-u Poznań, a Polonia Piła nie walczyłaby jak równy z równym z Wilkami Krosno czy Ostrovią.
„Pieniądz. To on tworzy hit. Nie wciskaj mi tych bzdur o robieniu dobra”.
Ostatecznie sport, nie tylko żużel, jest coraz bardziej komercjalizującą się, a może już po prostu skomercjalizowaną machiną. Przecież wszyscy wiedzą, iż sportem rządzą ci, którzy wykładają pieniądze. W żużlu telewizja, skoro płaci, oczekuje i wymaga pewnych standardów, ale ma też, i miała, realny wpływ na to, czy dana impreza bądź spotkanie żużlowe pojedzie, czy nie. Ilekroć porównywane są poszczególne decyzje sędziowskie, tyle razy wracają też porównania decyzji dotyczących jazdy lub przełożenia zawodów.
Inną kwestią związaną z pieniędzmi jest to, jak poszczególni zawodnicy traktują poszczególne zawody. Na pierwszym miejscu, zależnie od realnych szans, statusu majątkowego i momentu sezonu, znajdują się zawody indywidualne albo starty w Ekstraligach. Raz do roku żużlowiec spina się na SON lub DPŚ, aby reprezentować swój kraj, siebie, czyli własną markę, ale również wszystkich sponsorów. Kolejność wyżej czysto przypadkowa.
Cała reszta lig, zawodów i memoriałów to już raczej mniej niż bardziej płatny trening oraz miejsce do przygotowań pod wymienione wcześniej imprezy.
Nie oszukujmy się, mamy też żużlowców, którzy robią to, aby wygrywać, ale również zarobić. Przykładem sprzed lat był Jason Kevin Doyle, który jeździł we wszystkich możliwych ligach, a w wolnych chwilach wygrywał każdy słabiej obsadzony, ale nieźle płatny turniej towarzyski. Z czegoś trzeba przecież żyć.
Zanim więc kibice i dziennikarze zaczną zawsze i wszędzie doszukiwać się tego archetypowego jeżdżenia wyłącznie dla zwycięstw, walki o każdy punkt oraz „gryzienia trawy” w każdym meczu i każdym wyścigu, niech przypomną sobie, czy sami zawsze i wszędzie w pracy albo szkole dają z siebie 100 procent.
Argument o dużo większych zarobkach żużlowców przyjmuję, ale tym razem go odrzucam z jednego powodu. o ile zarabiasz słabo, bardzo słabo albo poniżej rynkowej wartości swojej pracy, a dodatkowym ryzykiem zawodowym jest możliwość połamania praktycznie każdej kości w ciele, w tym kręgosłupa, albo choćby śmierć, to tak, powinieneś zmienić pracę. I tak, żużlowiec ma lepiej od Ciebie.
„Pieniądz. To zbrodnia. Dziel się nim sprawiedliwie, ale od mojego tortu ręce precz”.
Co więc można zrobić, aby było lepiej? Co zrobić, aby obniżyć próg wejścia do tej dyscypliny, dzięki czemu żużel, jako sport globalnie niszowy, po prostu nie umrze?
Padają pomysły salary cap, pojawiają się wezwania do oszczędności. Do wydawania tylko tyle, ile faktycznie się ma, choćby o ile miałoby to oznaczać słabsze wyniki. Czy to możliwe?
Jeżeli chodzi o branie pieniędzy od Ekstraligi czy telewizji, sprawiedliwość i równy podział są możliwe. Kiedy jednak zaczynamy mówić o półwirtualnym wydawaniu środków, których nie ma już adekwatnie od początku, kluby nagle nie życzą sobie żadnych regulacji. Bo to podobno dyskryminuje biedniejszych.
Biedniejszych czy źle zarządzanych?
„Pieniądz, tak mówią od lat, to zło, które zatruwa ten świat”.
Żużel nie jest wyjątkowy. Pieniądze rządzą światem. Sportowym i pozasportowym.
Nie wydajesz fortuny, nie wygrywasz. Od lat coraz trudniej znaleźć historie o Kopciuszku w piłce nożnej, koszykówce czy choćby bardziej „polskich” dyscyplinach, jak siatkówka lub skoki narciarskie. W sporcie w 90 procentach, a być może choćby bardziej, najistotniejsze są przygotowanie, technologia, najnowsze informacje i stworzenie możliwie najbardziej komfortowych warunków.
Dzięki wielomilionowym testom i badaniom poszukiwani są również ci najbardziej predysponowani do uprawiania konkretnych dyscyplin. Często zawodnicy utalentowani, ale pozbawieni odpowiedniego wsparcia, czyli pieniędzy, po prostu przepadają.
W żużlu jest podobnie. Możesz być świetnie przygotowany do sezonu, mieć wszystko poukładane tak, jak profesjonalny sportowiec mieć powinien, ale o ile twój sprzęt nie spisuje się idealnie, bo zwyczajnie nie stać cię na najlepsze komponenty i kontrakt premium z tunerem, już na starcie przegrywasz.
Przykład mamy choćby z tego roku. W SEC w Rzeszowie dziką kartę otrzymał lokalny „matador” i kapitan, Oskar Fajfer. Polak znał tor zdecydowanie lepiej od reszty stawki, przyznał jednak w wywiadzie, iż startuje w tych zawodach na oponach dętkowych wymaganych w Polsce, podczas gdy pozostali zawodnicy korzystali z opon bezdętkowych.
Różnica w prędkości nie tylko między Fajferem a najlepszymi, ale choćby średniakami, z którymi Polak spokojnie radziłby sobie w lidze w Rzeszowie, była ogromna. Polak większej roli nie odegrał, ale czy rzeczywiście był gorszym zawodnikiem od większości swoich rywali?
I tu pojawia się pytanie przypominające dylemat jajka i kury. Czy w tej chwili najlepsi zawodnicy mają najlepszy sprzęt, bo są najlepsi na świecie i dzięki temu mogą sobie na niego pozwolić? Czy może to właśnie fakt, iż mają najlepszy sprzęt, powoduje, iż są najlepsi na świecie?
„Lecz gdy o podwyżkę pójdziesz prosić ich, nie dziw się wcale, iż zamkną przed Tobą drzwi i nie dadzą nic”.
A dlaczego adekwatnie cały ten artykuł jest o pieniądzach?
Najważniejszym wydarzeniem ostatniego tygodnia nie były potwierdzenia transferów znanych od pół roku, turnieje towarzyskie czy zagraniczne ostatki z większymi lub mniejszymi kontrowersjami, jak finał Championship w Anglii. Żużlowe środowisko żyje, a adekwatnie żyło, kolejnym odcinkiem telenoweli pomiędzy Stalą Rzeszów a Franciszkiem Majewskim.
Nowe fakty wyszły na światło dzienne i oczywiście okazało się, iż w całej tej aferze nie chodziło ani o dobro zawodnika, ani o ego poszczególnych osób.
Chodziło o pieniądze.
Majewski, podobnie jak niektórzy inni zawodnicy Stali, upomniał się o swoje pieniądze, ale zrobił to ostrzej, bardziej „medialnie”. Czy miał lub ma plan B? Czy po prostu oczekiwał wypłacenia należnych środków i jest czysty jak koszula wyprana w Vizirze, wręcz święty w tym sporze?
Ale to nie żużlowiec, moim zdaniem, ucierpiał w tej aferze najbardziej. Nie ucierpiała też, mimo wszystko, pani prezes, bo kłamiący prezesi, niepłacący zawodnikom i próbujący wybielać się w mediach nie są czymś nowym w polskim sporcie. Dodatkowo chyba nie każdy od początku tej afery był przekonany do tłumaczeń osoby zarządzającej rzeszowskim klubem.
Nie ucierpiał ostatecznie również klub, który utrzymał się w lidze, ani sami zawodnicy. Niektórzy, jak chociażby Krzysztof Sadurski, mogli wręcz zyskać, stając się jednymi z najbardziej oddanych żołnierzy nowych dowódców.
Najwięcej na całej aferze stracił, a przynajmniej powinien stracić, menedżer Żurawi Krzysztof Kasprzak.
Były żużlowiec, wicemistrz świata, ten, „co razem z bratem w parze tam na tym torze to zjeżdżał z górki” i wygrywałby choćby teraz każdy bieg, gdyby tylko były limity wagi, tuż po zakończeniu kariery dał się poznać w wywiadach jako osoba bezkompromisowa, często mówiąca dokładnie to, co myśli.
Według wielu kibiców Kasprzak był powiewem świeżości. Mówił, jak jest, i nie bał się stawać po stronie swoich byłych lub obecnych kolegów z toru. KKej w przedbiegach wygrywał plebiscyty na najlepszego eksperta i pokazał, czego duża część kibiców oczekuje od osób występujących przed kamerami.
Po objęciu funkcji menedżera w Rzeszowie wielu liczyło, iż Kasprzak pozostanie równie bezkompromisowy także w nowej roli. Jak się okazało, było i chyba przez cały czas jest odwrotnie. Bo ten, kto płaci, ten wymaga. Z walecznego eksperta dostaliśmy zblazowanego menedżera, który na wizji przedstawiał nieprawdę i wpisywał się w linię zatrudniającego go właściciela.
Nawet po wybuchu całej afery Kasprzak nie zdobył się na refleksję, aby uciec z tonącego wizerunkowo okrętu. Zapowiadał natomiast, iż w razie utrzymania zostanie w Rzeszowie, bo bardzo dobrze dogaduje się z panią prezes.
No bo, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o PIENIĄDZ.
Kornel Jasiński

3 dni temu













