Bartosz Bańbor ma za sobą wyboisty sezon. Początkowo piorunująco wszedł w rozgrywki PGE Ekstraligi, jednak kontuzja z eliminacji do SGP2 zwolniła jego formę. Problemem był nie tyle sam uraz, ile zmieniająca się w tym czasie pogoda. Zawodnik Motoru Lublin wyjaśnia przyczyny słabszej dyspozycji, mówi o wrażeniach po pierwszym sezonie pracy z mechanikami Jarosława Hampela, ciężkim formacie eliminacji do mistrzostw świata juniorów oraz ambitnym planie na wylot do Australii.
Tak na początku – jak najlepiej podsumować ten sezon?
– Na pewno to był interesujący sezon. Najważniejsze dla mnie jest to, iż bardzo dużo się nauczyłem. Dużo w tym roku przerobiłem – było sporo lepszych i cięższych momentów i to dało mi najwięcej nauki. Myślę więc, iż sezon zdecydowanie na plus, bo zebrałem mnóstwo cennego doświadczenia.
Zebrałeś sporo doświadczenia, ale powiedz, jakie są twoje wrażenia ze współpracy z nowymi mechanikami? To też musiał być dla ciebie spory przeskok.
– Trochę docieraliśmy się przez ten cały rok. Wiadomo, jak to jest – na początku ta kooperacja nie była jeszcze do końca poukładana. Dopiero tak naprawdę się poznawaliśmy i z biegiem sezonu cały czas próbowaliśmy czegoś innego. Szukaliśmy różnych rozwiązań, żeby lepiej dogadywać się na zawodach i skuteczniej współpracować – tak, abym mógł w pełni wykorzystać doświadczenie chłopaków, a oni mogli mi jak najlepiej pomóc.
Żużel. To wtedy w Unii Leszno zaczęło dziać się źle? Zaskakujące słowa!
Żużel. Poseł uniknął badania alkomatem. To były żużlowiec i ekspert
A jakie wrażenie zrobiła na tobie jakość ich pracy? To mechanicy Jarka Hampela, spędzili z nim niemal całą karierę.
– Zrobiła ogromne wrażenie. Mają olbrzymią wiedzę, zjeździli tyle torów i spędzili tyle lat z tak doświadczonym zawodnikiem. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy na zawody, oni już tam byli – żaden tor nie był dla nich niczym nowym. To był dla mnie wielki plus, bo pewne podstawy znali od razu. Z drugiej strony oni też musieli nauczyć się mnie, bo każdy zawodnik ma inny styl jazdy i inaczej dobiera się przełożenia.
Byli zdziwieni tym, ile zawodów junior musi odjechać w trakcie sezonu?
– Myślę, iż trochę tak. Pod koniec kariery Jarek jeździł już zdecydowanie mniej. Szczególnie Michał, który był z Jarkiem od początku, trochę tych zawodów młodzieżowych w przeszłości zjeździł i wiedział, jak to wygląda, ale i tak musieli sobie nieco przypomnieć specyfikę juniorskiego kalendarza.
Wracając do ciebie – chyba zgodzisz się, iż początek sezonu miałeś bardzo dobry, wręcz fenomenalny. Czego zabrakło w dalszej fazie?
– Myślę, iż kluczowa była moja kontuzja. I to choćby nie ze względu na same problemy zdrowotne, bo na ból nie mogłem narzekać. Wiadomo, straciłem trochę siły, ale nie na tyle, by stanowiło to wielką przeszkodę. Najgorszy był ten miesiąc przerwy w środku sezonu spędzony w domu zamiast na motocyklu. W tym czasie mocno zmieniła się pogoda i kiedy wróciłem, ustawienia sprzed urazu zupełnie przestały działać. Musieliśmy bardzo mocno szukać w sprzęcie, żeby na końcówkę sezonu wyglądało to choć trochę lepiej.
Czyli ta kontuzja mocno zaważyła na całym twoim sezonie?
– Tak, bardzo mi przeszkodziła. Ta przerwa od jazdy sprawiła, iż musiałem szukać odpowiednich ustawień od zera. To jednak też nauka na przyszłość – takie sytuacje po prostu się zdarzają.
A jeżeli chodzi o występy na arenie międzynarodowej – pozostał niedosyt, iż przez kontuzję uciekł awans do SGP2?
– Na pewno tak. Poza brakiem awansu do SGP2 wszystkie międzynarodowe turnieje oceniam na duży plus. Cieszyły medale mistrzostw Europy czy sukces z Wiktorem w SoN2. Wyniki w zawodach indywidualnych były naprawdę dobre, ale szkoda tego SGP2, bo czułem, iż byłem w stanie mocno tam w tym roku powalczyć.
Plan na przyszły sezon jest chyba jasny: awans do SGP2, bez żadnych kontuzji i jazda na całego?
– Tak byłoby najlepiej, ale wiadomo, jak to wygląda. Polakom jest szczególnie trudno, bo najpierw trzeba przebrnąć eliminacje i Srebrny Kask. A w eliminacjach międzynarodowych może zdarzyć się absolutnie wszystko, dochodzą też specyficzne tory. Droga do SGP2 jest wyjątkowo długa, dlatego nie można nakładać na siebie niepotrzebnej presji. Lepiej podchodzić do tego z zawodów na zawody i prezentować jak najwyższy poziom.
O ile w dorosłym Grand Prix mówi się czasem, iż ktoś awansował szczęśliwie, o tyle w rywalizacji juniorów to raczej niemożliwe. Droga eliminacji jest tak trudna, iż nie ma mowy o przypadku.
– Zgadza się, bardzo rzadko dochodzi do takich niespodzianek. Trzy różne turnieje musiałyby nagle ułożyć się idealnie pod kogoś z przypadku, a rzadko się zdarza, by ktoś miał „dzień konia” trzy razy z rzędu. Awansuje absolutna czołówka polskich juniorów, dlatego walka jest niesamowicie zacięta.
W zeszłym roku na zakończenie sezonu wybrałeś się do USA. Masz w planach jakieś wakacje czy wyjazd?
– W tym roku nie. W zeszłym sezonie odwiedziłem Stany, poznałem tamtejszy żużel – fajne doświadczenie i świetna przygoda. Pojechałem tam głównie pozwiedzać, więc to już za mną. Teraz odpoczywam inaczej. Wakacje pewnie będą, ale typowo na regenerację. Na razie nadrabiam to, na co brakowało czasu w sezonie, czyli tak jak teraz: wsiadam na crossa i po prostu dobrze się bawię na miejscu.
Żużel. PRES Toruń znajdzie żużlowe perełki? interesujące nazwiska na Motoarenie!
Żużel. Komarnicki uderza we władze! „Durnota i to do kwadratu!”
Czyli motocross cały czas w sercu. Gdy w trakcie rozgrywek brakuje na to czasu, po sezonie to pierwsza rzecz, po którą sięgasz?
– Wielu z nas jeździ na motocrossie czy ogólnie na motocyklach, więc korzystamy z każdej wolnej chwili, kiedy tylko jest na to czas.
Rok temu USA, w tym roku odpoczynek, to może za rok polecisz z chłopakami do Australii?
– Byłoby super. Czasami choćby podpytuję chłopaków, czy nie potrzebują kogoś do czyszczenia kasków na zawody (śmiech).
I jak, mają już tę pozycję obsadzoną w teamie?
– Myślę, iż do kogoś bym się wkręcił. To jednak temat na przyszłość, ale taki wyjazd byłby naprawdę świetną sprawą.
Dziękuje bardzo.
– Ja również dziękuję.

3 dni temu













