Finał Drużynowego Pucharu Świata tak naprawdę nie zaczął się w sobotę, a już w piątkowy wieczór. W Pałacu Zamoyskich, w centrum Warszawy, odbyła się „luźna” prezentacja uczestników sobotniego finału. Tym samym wybudowany przez Jana Wielopolskiego w XVII wieku pałac po raz pierwszy gościł nie szlachtę, a ludzi żużla w swoich progach. Wstąp na event zorganizowany przez firmę Monster mieli wybrani – działacze, sponsorzy czy dziennikarze. Nas zaproszono również i – co by nie pisać – był to fajny wieczór w luźnej atmosferze.
– No co, przyjechaliśmy po złoto, a co się wydarzy jutro zobaczymy na torze. Słuchaj, cała trójka rywali jest wymagająca – mówił podpisanemu niżej, jak zwykle tryskający humorem, Anders Thomsen.
Żużel. Michelsen szczerze o ruszeniu na Zmarzlika! „Zrobiłem z siebie głupka!” – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Paluch grzmi! Falubaz przygotował niebezpieczny tor? Dlatego spadła reklama! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Sędzia chciał być bohaterem? Komarnicki domaga się skargi po Falubaz-Stal! – PoBandzie – Portal Sportowy


Gości wieczoru przywitał szef Mayfield Sports Events, Richard Coleman. Swoje „przemówienia” miał również szef marketingu Monstera na Europę, Joe Parsons czy też przewodniczący GKSŻ, Ireneusz Igielski.
– Jak pytasz czego nam trzeba, to na pewno w tym wszystkim trzeba też mieć trochę szczęścia. Ono w sporcie, jak wiesz, jest potrzebne – mówił Stanisław Chomski.
Po części oficjalnej nadeszła pora na tę mniej oficjalną i o niej rozpisywać się nie będziemy. Napiszemy tylko tyle, iż nie brakowało zawodników sączących piwo nie tylko bezalkoholowe, a w sobotni wieczór imponujących formą na torze. Dodamy tylko tyle, iż ostro pytany o brak Bena Cooka był menadżer Australii, Mark Lemon.
– Oczywiście, iż brałem go pod uwagę, ale po przemyśleniach, biorąc pod uwagę arenę zmagań, zdecydowałem tak, a nie inaczej. Czy słusznie? To okaże się jutro – mówił Australijczyk i jak czas pokazał – z nominacjami absolutnie się nie mylił.



Tyle było w piątek. Po piątku w kalendarzu jest sobota i od wczesnego ranka można było w centrum Warszawy natknąć się na kibiców speedwaya. Jako, iż przedpołudnie było mocno deszczowe, sporo z nich oblegało centrum handlowe Złote Tarasy, w którym wręcz roiło się od żużlowych akcentów na ubraniach. Byli Anglicy, Australijczycy i oczywiście Polacy.
– Jesteśmy z Zielnej Góry i wierzymy głęboko w to, iż dzisiaj Patryk Dudek, który wciąż jest nasz, poprowadzi nas do złota – mówiła nam Pani Dagmara.
– Jesteśmy z córką w Warszawie od piątku. Zwiedzamy nie tylko Złote Tarasy, ale czekamy na wieczór i złoty medal Polski. Ja osobiście trzymam kciuki za Macieja Janowskiego, który ma wyśmienity sezon – dodawała Pani Iwona, która oczywiście ubrana była w barwy Macieja Janowskiego. Co warte zauważenia, stoisko z gadżetami krajowego lidera Sparty znaleźć można było również przed Stadionem Narodowym.


Z centrum Warszawy w godzinach wczesnopopołudniowych przemieściliśmy się na PGE Narodowy komunikacją miejską, w której – mimo paru godzin dzielących nas od zawodów – królował okrzyk kibiców: „kto nie skacze ten z Gorzowa”. Co nas czekało pod Stadionem Narodowym? Tradycyjnie miasteczko kibica, w którym atrakcji nie brakowało. Monster Energy, jak przy okazji każdego Grand Prix, przygotował swoje stałe „punkty programu”. Były symulatory, były konkursy, jak i był spory „teren” dla kibiców przygotowany przez sponsora imprezy firmę Boll.
To właśnie tam o godzinie 15.45 pojawiła się polska reprezentacja i trzeba przyznać kolejka po autograf czy wspólne zdjęcie była zdecydowanie większa od tej jaką można było spotkać za „komuny” po pomarańcze. Napisać wystarczy tyle, iż z racji harmonogramu dnia polskiej reprezentacji nie wszyscy się doczekali. Ze strefy firmy Boll skorzystał również żużlowy kanał Lewoskrętni, który stamtąd nagrywał krótką zapowiedź sobotniego finału. Obejrzeć możecie ją TUTAJ. Jak się okazuje praca, w warunkach otwartych nie jest łatwa. Najbardziej pożądany przedmiot kibica w tej chwili to nic innego jak czapeczka firmy Boll.
– Faktycznie coś jest na rzeczy z tymi czapeczkami. Podczas nagrywania niemal non stop byliśmy z boku dopytani czy możemy oddać czy przekazać czapeczki sponsora – mówi Bartosz Rabenda dzielący pracę naczelnego Po bandzie z udziałem w Lewoskrętnych.
– Jak widzicie Panowie, wcale nie żartowałam z tymi gadżetami. Z tego co wiadomo, to tak pożądany towar, iż dochodzi do sytuacji, w których jeden kibic potrafi zerwać drugiemu ją z głowy – dodawała jedna z osób reprezentujących sponsora turnieju.



W strefie firmy Boll nie zabrakło również oprócz członków polskiej reprezentacji, jeźdźca firmowego czyli Brady Kurtza wraz z rodziną, która czas oczekiwania na syna spędziła na rozmowach z naszym naczelnym.
– Przyjechaliśmy ponownie do Was, aby zobaczyć tę wielką imprezę oraz końcówkę sezonu. Będziemy w Vojens i Toruniu. Chcemy też zobaczyć play-offy w PGE Ekstralidze. Wspieramy Brady’ego w najważniejszym momencie. Brady lubi takie tory, powinno być dziś dobrze – mówił przed zawodami Steve Kurtz.

Co ciekawe, po zawodach ojciec wicemistrza świata był pobliskim przejściu podziemnym oblegany przez kibiców, z których część niedowierzała iż ojciec mistrza świata sobie spaceruje.
– Chcecie to wierzcie, nie chcecie to nie, ale jestem ten starszy Kurtz – mówił kibicom roześmiany Australijczyk. My wierzymy.
Skoro opisujemy zawody, to nie może zabraknąć tradycyjnie sekcji gastronomicznej. Tuż przy strefie kibica obecne były foodtrucki oferujące pitę czy hamburgery. Cena tych ostatnich wynosiła w okolicach 45 złotych, co jak na stolicę Polski od normy nie odbiega.
– Interes się kręci, ale bywamy na imprezach choćby muzycznych, na których naszych hamburgerów sprzedaje się o wiele więcej – mówiła nam jedna z osób obsługujących klientów.

Na samym stadionie tradycyjnie były stanowiska gastronomiczne i oferta też tradycyjna. Hot dog czy zapiekanka wyceniane na 39 złotych, piwo kosztowało 22 złote i to oczywiście ono cieszyło się największym wzięciem wśród kibiców czarnego sportu.
– Klasyczne piwo na wielkim stadionie. Lager bez większych doznań smakowych, najważniejsze, aby był zimny. Organizatorzy, jak to na imprezach na PGE Narodowym serwują Tyskie, czyli jeden z najpopularniejszych polskich browarów. Za 22 złote za sztukę chyba lepiej wytrzymać i udać się na coś lepszego po zawodach – komentował Bartosz Rabenda.

Jeśli chodzi o program zawodów, to był on bardzo obszerny. istotną kwestię dostrzegł jednak Wojciech Szołtysek ze Speedway Stara. Miejsca na czasy… brak.

Zawodów opisywać szeroko nie będziemy, bo jak było, to każdy kibic już wie. Wygrała Australia z kapitanem Bradym Kurtzem, który do zeszłorocznego SON-u dokłada DPŚ. Na pewno ma w swoich planach jeszcze jeden triumf w tym roku.
– Lubię ścigać się w Warszawie. Rok temu podczas Grand Prix też mi dobrze poszły. Takie zamknięte tory mi sprzyjają. Co do atmosfery – była fantastyczna! Smakuje to wybornie, bo chyba każdy jako mały chłopak oglądał DPŚ i kibicował naszej reprezentacji – komentował Brady Kurtz.

Odnotować trzeba jeszcze jeden fakt. Na torze – i to ponownie na żużlowym motocyklu – pojawił się nie kto inny, jak 93- letni Ove Fundin. Tym samym wielu młodych kibiców może wpisać w swoje żużlowe przeżycia zobaczenie Ove Fundina na żużlowym torze. Niżej podpisany również.
– Bardzo się cieszę z zaproszenia i z faktu, iż mogę być w Polsce, która tak naprawdę ratuje światowy żużel. Przejechanie się na motocyklu żużlowym na takim stadionie i przy tak licznej publiczności świetna rzecz. Jakoś dałem radę – mówiła nam szwedzka legenda.
Co do publiczności na stadionie, to warto zwrócić uwagę na fakt, iż frekwencyjny rekord nie został jednak chyba pobity. Było sporo pustych miejsc, a spiker zawodów tylko raz poinformował iż na stadionie jest już ponad trzydzieści tysięcy fanów. Ilu było ostatecznie? Oficjalnie podawana jest liczba ponad 40000 widzów. Sporo z nich okupowało jednak miejsca VIP, które były ponoć wysprzedane. Na VIP-ach spotkać można było Zbigniewa Bońka. piosenkarza Kizo, czy Joannę Jędrzejczyk.
– Wszystko fajnie, ale jeżeli chce się ściągnąć nowego kibica na stadion i na żużel w Warszawie, to wypadło choćby pokazywać wyniki klasyfikacji ogólnej na stadionowym monitorze. Słuchałam uważnie i spiker wspomniał o tym zaledwie raz. Tak się emocji wśród obecnyc,h z których pewnie wielu było po raz pierwszy na żużlu, nie wyzwoli. Poza tym niczym PGE Narodowy z żużlem nie zaskoczył. Do szczęścia zabrakło wygranej Polski – komentowała Pani Marzena.
– Praca spikera pozostawała wiele do życzenia. Wiem, iż ściągnięto Jankesa, aby się pokazać, ale to była przesada. Darcie się adekwatnie co bieg gwałtownie zrobiło się męczące. Lepszy byłby już znany ze stadionów żużlowych Jacek Dreczka, który potrafi ruszyć kibiców ze swoich miejsc i ich dobrze zabawiać – dodawała Pani Anna.

Komentarzy było zdecydowanie więcej, ale już po zawodach wśród opuszczających obiekt kibiców. Jak łatwo można się domyśleć, nie były to recenzje pozytywne.
– Za Kuberę bez dwóch zdań powinien jechać Pawlicki i tyle. Pompowali balonik i z hukiem pękł. W telewizji mówili, iż Dudek się czymś zatruł. Nie ma kasy na dietetyka w kadrze? – pytał Pan Andrzej z Torunia
– Wstyd. Najlepsza liga świata i zajmują trzecie miejsce i to w bólach. Oni są najlepsi, ale w negocjowaniu kontraktów. Jakiś poznański Douglas wozi ich jak dzieci. Od początku wiedziałem, iż na tym torze sobie nie poradzą – dodawał Pan Mirek z Gorzowa.
Jedno jest pewne. Polakom tym razem nie wyszło, ale żużel jeszcze raz na PGE Narodowym zagości. 15 maja 2027 odbędzie się jedna z przyszłorocznych rund Grand Prix i ma być to, wedle nieoficjalnych informacji, pożegnanie stadionu w stolicy ze speedwayem na jakiś czas. Czy dłuższy, czy krótszy – nie wiadomo. Wiadomo jedno. W sobotę reprezentacja Polski Narodowego nie odczarowała. Stadion zaczarował kibiców, ale pokazem sztucznych ogni.
– Co roku świetnie to robią i moim zdaniem lepiej aniżeli Wrocław. Dla tego pokazu warto było przyjść – komentowała fanka Bartosza Zmarzlika. Być może to i prawda.




2 dni temu















