Zwariowany finał z udziałem Polki. Ostatnią piłkę zapamięta na długo

4 godzin temu
Magdalena Fręch na długo prawdopodobnie zapamięta ostatnią piłkę finału turnieju WTA w Meridzie. Piłkę, która przypieczętowała jej przegraną 1:6, 6:4, 4:6 w pełnym zwrotów akcji meczu z Hiszpanką Cristiną Bucsą. Będąca specjalistką od tenisowych maratonów Polka zbyt często była w tym spotkaniu bierną uczestniczką, by po raz drugi w karierze mieć powody do wielkiego świętowania w Meksyku.
- Och, nie! - komentator kanału Tennis Channel aż krzyknął, gdy zobaczył, jak piłka posłana przez Magdalenę Fręch odbiła się od taśmy i spadła na drugą stronę kortu. Bo najważniejsze było to, iż po tym odbiciu się spadła na niewłaściwą część kortu po stronie Cristiny Bucsy. I to, iż był to ostatni punkt, którego brakowało hiszpańskiej tenisistce, by sensacyjnie wygrać turniej w Meridzie.

REKLAMA







Zobacz wideo 85 procent mieszkańców uprawia sport



Komentatorzy telewizyjni namawiali Fręch, ale ona nie słuchała
Takiego składu finału tego dość prestiżowego turnieju (o randze 500, czyli ustępującemu tylko "tysięcznikom") nikt się nie spodziewał. W stawce były takie gwiazdy jak będąca siódmą rakietą świata Jasmine Paolini czy 20. na liście WTA Emma Navarro. Włoszkę w półfinale sensacyjnie wyeliminowała Bucsa, a Amerykanka już na wstępie przegrała z chińską weteranką Shuai Zhang. Tą samą, którą w pojedynku o awans do meczu o tytuł pokonała z kolei Fręch.
Urodzona w Mołdawii Bucsa to postać w świecie tenisa nietuzinkowa. Wielu polskich kibiców po raz pierwszy usłyszało o niej trzy lata temu, gdy była rywalką Igi Świątek w trzeciej rundzie Australian Open. Będąca wtedy świeżo po debiucie w Top100 światowej listy zawodniczka odebrała surową lekcję, zapisując na swoim koncie zaledwie jednego gema. I choć można się było spodziewać, iż Fręch nie pójdzie ze stroniącą od mediów społecznościowych Hiszpanką tak łatwo, to początek spotkania mocno zaskoczył.


Być może pewien wpływ miał na to aspekt, na który zwrócił uwagę na wstępie realizator transmisji. Wyliczono bowiem, iż zajmująca 57. miejsce w rankingu WTA Polka w drodze do finału spędziła na korcie aż o trzy godziny więcej niż sklasyfikowana o sześć pozycji niżej Bucsa (63. WTA). Ale jednak warto pamiętać, iż o ile Hiszpanka zdecydowanie szybciej wygrywała swoje spotkania singlowe, to dodatkowo rywalizowała też w Meridzie w deblu. Trudno więc uznać, iż była znacznie bardziej wypoczęta. Przyznać zaś na pewno trzeba, iż trafiła z formę na ten turniej.
- Czekam na moment, aż to Magda spróbuje bardziej ofensywnego grania. Bo jest bardzo dużo wymian, w których zawodniczki grają na jeden kierunek i pierwsza przejmuje inicjatywę Bucsa – analizowała w połowie inauguracyjnej partii komentująca ten pojedynek w Canal+ Klaudia Jans-Ignacik. A w podobnym tonie wypowiadał się partnerujący za mikrofonem byłej deblistce Maciej Zaręba.



Ale tych momentów w pierwszym secie było jak na lekarstwo. Jedyny mały zryw w wykonaniu łodzianki nastąpił w czwartym gemie i zaowocował cennym odrobieniem straty 0:40 oraz dającym nadzieję przełamaniem. Nadzieja ta jednak gwałtownie się ulotniła, bo 28-letnia Polka znów zaczęła popełniać proste błędy. Na koniec gwałtownie przegranego seta sfrustrowana tylko rozłożyła ręce, patrząc w kierunku trenera Andrzeja Kobierskiego.
Wymowny gest trenera Polki. Jęk zawodu po 135 minutach
Po drugiej partii z kolei wieloletni szkoleniowiec Fręch aż wstał z miejsca i przyłożył palec do skroni.
- Wszystko jest w głowie – powtarzał swojej tenisistce.
Sympatycy Polki w tym secie przeżywali huśtawkę nastrojów. Ich ulubienica – korzystając z licznych prezentów w postaci błędów rywalki – wygrała pierwsze trzy gemy. kilka też brakowało, by prowadziła po chwili 4:0, ale roztrwoniła przy własnym podaniu przewagę 40:15. Zaraz potem Bucsa zmniejszyła stratę do jednego gema i zrobiło się nieco nerwowo. Do wyrównania jednak nie doszło - zarówno dzięki grze Fręch, jak i kolejnym błędom jej przeciwniczki.



Przed decydującą partią fani Fręch mogli liczyć, iż znów zadziała jej znak firmowy. Bo kiedy pada nazwisko Polki, to na myśl przychodzi waleczność. Ma za sobą wiele tenisowych maratonów, w których popisywała się wytrzymałością fizyczną i psychiczną. Wydawało się, iż nadzieje na wygranie kolejnego tenisowego maratonu – w tym trzeciego z rzędu w Meridzie – gwałtownie prysną, gdy będąca zagadką choćby dla hiszpańskich dziennikarzy Bucsa znów przejęła inicjatywę. Po efektownym zagraniu dającym jej przełamanie prowadziła 3:1 Fręch tylko się uśmiechnęła. Jakby chciała pokazać, iż trudno się przeciwstawić tak grającej Hiszpance.


Ale w końcówce ta ostatnia znów wyciągnęła do niej pomocną dłoń. Mając szansę na przypieczętowanie zwycięstwa w dziewiątym gemie przy własnym podaniu, zaczęła popełniać znów proste błędy. Tylko na kilka się to dało, bo zaraz potem pogubiła się też Polka. Najpierw zaliczyła podwójny błąd, a potem przegrała dłuższą wymianę, po której przeciwniczka miała piłkę meczową. W tak ważnym momencie - po 135 minutach rywalizacji - Fręch zepsuła pierwsze podanie, a przy drugim doszło do pechowej sytuacji opisywanej powyżej, po której jęk zawodu wyrwał się prawdopodobnie z ust wszystkich sympatyków łodzianki. Wymowniejszego symbolu tego, iż to nie był jej dzień, chyba nie mogło być.
Meksykańska magia nie zadziałała więc po raz drugi na jej korzyść. We wrześniu 2024 roku w Guadalajarze (również w turnieju WTA rangi 500) świętowała pierwszy i jedyny dotychczas triumf (dwa lata temu przegrała finał z Magdą Linette w Pradze). Tym razem pierwszy w karierze tytuł wywalczyła w tym kraju młodsza o 17 dni Bucsa. Może ona jeszcze pokusić się o dublet w Meridzie, ponieważ po chwili odpoczynku przystąpi do finału debla. A Fręch na pocieszenie pozostaje solidny awans w światowym rankingu (od poniedziałku powinna być 36.).
Idź do oryginalnego materiału