Jan Kvech mówi o zamieszaniu we Wrocławiu. Mocne słowa o promotorze

speedwaynews.pl 3 godzin temu

To był jeden z najdłuższych, najbardziej dramatycznych i pełnych napięcia wieczorów w historii cyklu FIM Speedway Grand Prix. Choć Grand Prix Polski we Wrocławiu ostatecznie zakończyło się wielkim triumfem Bartosza Zmarzlika, który po pasjonującym finale o północy odzyskał złoty plastron lidera mistrzostw świata, to wydarzenia poprzedzające pierwszy bieg wywołały gigantyczne kontrowersje. Potężna ulewa, która przeszła nad Stadionem Olimpijskim, zamieniła parking maszyn w rozlewisko. W kuluarach natychmiast zaczęło huczeć od plotek o buncie zawodników, którzy rzekomo kategorycznie odmawiali wyjazdu na tor.

Zupełnie inny, surowy obraz tych dramatycznych wydarzeń wyłania się jednak z rozmowy z rewelacją turnieju, Janem Kvěchem. Czech, który jako jedyny od początku stał w boksie w pełnym kewlarze gotowy do walki, wprost opowiedział o kulisach twardych i nerwowych negocjacji z organizatorami mistrzostw.

To nie tak, iż nie chcieliśmy jechać. Chcieliśmy, ale zależało nam na bezpiecznych i normalnych warunkach. Nie ukrywajmy, parking po prostu pływał w wodzie. W tym wszystkim, co tam mamy, w naszych busach i motocyklach, utopione są potężne pieniądze. Staliśmy przed boksami, deszcz lał się strumieniami na nasz sprzęt, wszystko niszczało, a organizatorzy nagle rzucili hasło, iż mamy sześć minut do pierwszego wyścigu i musimy ciągnąć motocykle przez tę głęboką wodę. Chcieliśmy tylko, żeby ktoś chwilę poczekał, pozwolił nam schować się pod dach i przygotował bezpieczny tor – zdradza kulisy twardych rozmów Jan Kvěch.

Ostatecznie potężna presja ze strony żużlowców przyniosła oczekiwany skutek. Po długich i intensywnych pracach, chwilę przed godziną 22:00, wrocławskie zawody wreszcie ruszyły z kopyta.

Wszyscy bardzo dobrze zareagowali i ostatecznie doszliśmy do porozumienia. Dali nam schronienie pod dachem, a tor, który przygotowali po ulewie, był po prostu kapitalny do ścigania i w ogóle się nie rozrywał. Przecież to są Mistrzostwa Świata, nikt z nas ani z kibiców nie chciał, żeby odjechać na siłę szesnaście biegów i zakończyć zawody farsą. Walczymy o najważniejszy tytuł na świecie, więc cieszę się, iż organizatorzy poszli po rozum do głowy i udostępnili nam profesjonalne warunki – dodaje czeski żużlowiec.

Dla samego Jana Kvěcha wrocławski turniej był kolejnym twardym dowodem na to, iż jego sportowy rozwój zmierza w doskonałym kierunku. Czech, który wskoczył do obsady z powodu kontuzji Daniela Bewleya i Fredrika Lindgrena, od początku imponował piekielną szybkością na dystansie. Po czterech seriach startów miał na swoim koncie osiem punktów, a rundę zasadniczą zakończył z dorobkiem dziewięciu oczek, co dało mu awans do biegów ostatniej szansy. Ostatecznie zajął w zawodach ósme miejsce, odpadając w LCQ1.

Nad formą pracuję ciężko od jedenastu lat, bo tyle już jeżdżę na żużlu, i stale chcę być lepszym zawodnikiem. Na razie moja dyspozycja jest stabilna, na pewno prezentuję się lepiej niż w poprzednim sezonie, gdy byłem stałym uczestnikiem cyklu. Nie da się jednak ukryć, iż po Wrocławiu czuję ogromny niedosyt. Moim celem był wielki finał i zrobię wszystko, żeby w kolejnych turniejach w końcu się do niego wpisać – zapowiada ambitnie Kvěch.

Turniej na Dolnym Śląsku, oprócz szalonej pogody i nieprawdopodobnej dominacji czwartego pola startowego w pierwszej fazie zawodów, przyniósł niestety także dramatyczne wydarzenia zdrowotne. Już w siódmej gonitwie dnia doszło do koszmarnego karambolu, w którym na tor z impetem upadli Kacper Woryna, Jason Doyle oraz Jack Holder. Na owal musiały natychmiast wyjechać dwie karetki pogotowia, a obaj reprezentanci Australii zostali po badaniach uznani za niezdolnych do dalszej jazdy. Jan Kvěch, pytany o stan zdrowia swoich kolegów z toru, stanowczo odciął się od teorii, jakoby za te fatalne wypadki odpowiadała nawierzchnia przygotowana naprędce po ulewie.

Moim zdaniem to nie przez stan toru doszło do tych upadków. To były typowe incydenty wynikające z twardej, męskiej walki na dystansie. W żużlu czasami po prostu zdarzają się takie bolesne sytuacje, choć nikt z nas nie chce tego oglądać. Życzę chłopakom z całego serca, aby jak najszybciej wrócili do pełnego zdrowia, bo ich strata to wielki cios dla widowiska – podsumowuje reprezentant Czech.

Wrocławski wieczór przejdzie do historii jako horror z happy endem. Mimo gigantycznej ulewy kibice zgromadzeni na Olimpijskim obejrzeli kompletny, dwudziestotrzybiegowy turniej, w którym Bartosz Zmarzlika udowodnił swoją sportową wielkość. Kolejne zawody elitarnego cyklu gwałtownie zweryfikują, czy Jan Kvech przekuje swój sportowy niedosyt w upragniony, historyczny finał.

Jan Kvech
Idź do oryginalnego materiału