Między euforią a kryzysem. Jak wyglądał Górski Runmageddon Myślenice od środka?

1 dzień temu

Mój początkowy plan na Górski Runmageddon w Myślenicach był bardzo ambitny, start w formule Ultra (42 km). Po długiej bitwie ambicji z rozsądkiem, rozmowach z bardziej doświadczonymi biegaczami i analizie mrożących krew w żyłach relacji z 2024 roku, rozsądek wziął górę. Ostatecznie wybrałam Hardcore. Jeszcze nigdy wcześniej nie pokonałam dystansu 21 km, a przecież do tego dochodziły potężne przewyższenia!

Weterani Górskiego Runmageddonu w Myślenicach zgodnie mówią jedno: „To nie jest zwykły OCR. Tutaj najtrudniejszą przeszkodą są góry”. Początek trasy idealnie to udowodnił. Pierwsze podejście minęło bez większego zmęczenia, miałam zapas sił, a ścieżka meandrowała po zalesionym zboczu, pozwalając momentami na żwawszy podbieg.

Wspinaczka i przeszkody

Szybki zbieg z góry służył jednak tylko temu, by zaraz zacząć mozolną wspinaczkę na sam szczyt góry Chełm. To drugie, najdłuższe podejście dało mi już w kość. Szłam miarowo, starając się złapać rytm i nie patrzeć w górę, by nie odliczać metrów do końca. Na szczycie czekał Pole Dance. Wskoczyłam na niego szybko, a nagrodą była przepiękna, rozległa panorama Myślenic i okolicy. Chłonęłam ten widok jak zahipnotyzowana… Niestety, chwila minęła i trzeba było zarzucić belkę na plecy, by zrobić z nią pętlę w dół i w górę stoku.

Po odłożeniu kłody ruszyłam w dół. Biegłam, by nie marnować sił na schodzenie i tak dotarłam do pierwszego punktu regeneracyjnego. Dostępu do niego broniły Pioruny, przeszkoda była opcjonalna, ale podjęłam wyzwanie i przeszłam ją do połowy. Szybki łyk wody, przekąska i ruszam dalej.

„Po co mi to było?”

Kolejne podejście to była już walka. Nogi protestowały, a kroki stawiałam siłą woli. Na koniec wspinaczki czekały jeszcze zasieki. Po ich pokonaniu i krótkim oddechu poleciałam dynamicznym zbiegiem pod wyciągiem. Do tej pory przeszkód konstrukcyjnych było niewiele. Chwilę później dopadłam Toroza, na którym dotarłam do trzeciej kulki.

Kolejny odcinek był czystą przyjemnością. Trasa prowadziła łagodnie wzdłuż strumienia, czasem wręcz jego korytem. Idealny moment na schłodzenie i zebranie sił. Proste przeszkody, takie jak ścianki czy opony, nie sprawiały trudności. Sielanka skończyła się jednak na widok stosu worków. Tam zaczął się moim zdaniem najcięższy etap biegu: ponadkilometrowa, mordercza pętla z obciążeniem po stromych podejściach, wąskich ścieżkach, kamieniach i korzeniach. W głowie kołatała się tylko jedna myśl: „Po co mi to było?”.

Po przeprawie z workiem doładowałam się żelem i ruszyłam pod górę do kolejnego punktu rege. Odpoczywając przy arbuzie, z niedowierzaniem uświadomiłam sobie, iż połowa trasy i to ta trudniejsza – jest już za mną! Podbudowana tym sukcesem potruchtałam dalej. Zmęczenie dawało jednak o sobie znać. Przez lekko spuchnięte dłonie straciłam chwyt na kołkownicy i gibbonach, co poskutkowało karnymi burpeesami. Zbiegając w dół, nadrabiałam czas, by zmieścić się w limicie, który był moim głównym celem. Na dobitkę organizatorzy zaserwowali podejście pod starą skocznię narciarską. Nogi płonęły, więc na szczycie musiałam chwilę rozmasować spięte mięśnie.

Następnie trasa prowadziła spokojnym zbiegiem przez las, korytem małej strużki, aż do ostatniego punktu rege przed rzeką Rabą. Wiedziałam, iż to końcówka, ale też pamiętałam, iż teraz przeszkody będą jedna po drugiej. Ostatnie kilometry strasznie mi się dłużyły. Trucht coraz częściej przechodził w marsz. Przeszkody takie jak Salmon czy Wariat, które normalnie robię bez problemu, tym razem mnie pokonały. Czułam ogromne zmęczenie i w duchu dziękowałam sobie za rezygnację z Ultra.

Chłodna woda w Rabie i pętla z łańcuchem w rzece przyniosły fantastyczne orzeźwienie. Ostatni etap to płaski teren wokół miasteczka i prawdziwe zagęszczenie konstrukcji. Skrzynki i Multiring zweryfikowały zmęczony chwyt, znowu wpadły karne burpeesy. Na deser: zjeżdżalnia (szkoda, iż taka krótka!), błotna porodówka, Błotny Mario, Skośna i finałowe Oponeo. Ostatkiem sił podciągnęłam się do dzwonka. Doping kibiców poniósł mnie przez linię mety. Byłam wykończona, ale niesamowicie szczęśliwa! Kolejne wielkie wyzwanie zaliczone.

Oszuści na trasie

Organizatorzy Górskiego Runmageddonu w Myślenicach spisali się na medal. Trasa była zróżnicowana, punkty rege świetnie zaopatrzone, a przeniesienie startu na suchy ląd okazało się strzałem w dziesiątkę. Jedynym minusem były zachowania niektórych uczestników w serii Open. Omijanie przeszkód bez sędziów czy odpuszczanie karnych burpeesów budzi niesmak. Po co zapisywać się na bieg z przeszkodami, jeżeli się oszukuje?

Mój debiut w górskim Hardcore uważam za w pełni udany. Plan wykonany, limit czasu dotrzymany. Myślenicki Hardcore i Ultra to genialna próba charakteru. Wygrywa ten, kto nie przestaje iść naprzód!

Autorka: Alicja Salska

Idź do oryginalnego materiału