Szokujące wyznanie Mistrza Świata. Był krok od końca kariery!

speedwaynews.pl 2 godzin temu

To były wyniszczające lata dla Erika Rissa. 31-letni niemiecki żużlowiec po raz pierwszy musiał zrezygnować ze startów w kwietniu 2023 roku, tuż po inauguracji sezonu. Uporczywe dolegliwości oczu, nawracające zawroty głowy oraz tzw. mgła mózgowa całkowicie wykluczyły go z rywalizacji na torach. Ściganie na owalu bez hamulców stało się w jego stanie po prostu niemożliwe. Choć początkowo wydawało się, iż specjaliści znaleźli źródło problemu, a sam zawodnik zdołał podnieść się z kolan – sięgając w 2024 roku po złoto z reprezentacją Niemiec w walce o drużynowe mistrzostwo świata na długim torze oraz wygrywając Challenge – koszmar gwałtownie powrócił. Niemiec musiał z ciężkim sercem zrezygnować ze startu w cyklu Grand Prix w okresie 2025, straciwszy jednocześnie szansę na bezpośrednią kwalifikację do kolejnej edycji. Dodatkowo stracił on szansę na awans do Grand Prix w klasycznej odmianie. Z powodu choroby musiał odpuścić bowiem start w Grand Prix Challenge.

Nieoczekiwanie pomocną dłoń wyciągnęła światowa federacja FIM. Zmiana systemu i rozszerzenie stawki ze 15 do 20 stałych uczestników otworzyła dwukrotnemu mistrzowi świata drzwi do powrotu. Riss otrzymał dziką kartę na zmagania w cyklu Grand Prix na długim torze. Los po raz kolejny okazał się jednak bezwzględny. W kwietniu zawodnik ponowie zaciągnął hamulec bezpieczeństwa i wycofał się ze wszystkich wiosennych imprez, zarówno na klasycznym torze żużlowym, jak i na torach długich. Stan zdrowia zawodnika ponownie gwałtownie się pogorszył.

Przerwa na ratowanie zdrowia i myśli o pożegnaniu z motocyklem

Sytuacja stała się na tyle poważna, iż doświadczony zawodnik stanął przed najtrudniejszą decyzją w swojej dotychczasowej karierze. – Musiałem zmierzyć się z myślami o zakończeniu kariery – przyznaje szczerze Erik Riss w rozmowie z portalem speedweek.com. Niemiec zdecydował się na trzymiesięczny rozbrat ze sportem, by skupić się na walce o powrót do sprawności. Zamiast kolejnych okrążeń na torze, czekała go niekończąca się epopeja, podróże od gabinetu do gabinetu i konsultacje z kolejnymi specjalistami.

Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, iż inauguracja zmagań o Indywidualne Mistrzostwo Świata na długim torze w Scheeßel widniała w kalendarzu dopiero pod koniec sierpnia. Wracający do zdrowia reprezentant Niemiec postanowił zaryzykować i sprawdzić się w bojowych warunkach. – Podszedłem do tego bardzo spokojnie. Byłem po prostu szczęśliwy, iż znów mogę usiąść na motocyklu – wspomina zawodnik. Sam Riss był dla siebie wielką zagadką. – Prawie w ogóle nie miałem treningów. Nie wiedziałem, na jakim poziomie jestem pod względem fizycznym oraz jak sprawdzi się mój sprzęt – dodaje.

Piorunujący powrót do gry i zjazd w polskich ligach

Powrót przeszedł najśmielsze oczekiwania. W Scheeßel Riss stanął na najwyższym stopniu podium, kompletując rewelacyjny powrót do ścigania. Podobny scenariusz napisał turniej we francuskim Morizes, po którym Niemiec powiększył swoją przewagę w klasyfikacji generalnej do dziesięciu punktów. Sytuacja przed finałem w Marmande stała się klarowna – awans do decydującego biegu czołowej piątki gwarantował mu kolejny koronną koronę w czempionacie.

Tymczasem postawa Rissa na torach długich pozostaje w sporym kontraście z jego występami na klasycznych owalach w Polsce. W barwach Trans MF Landshut Devils w Krajowej Lidze Żużlowej Niemiec zaliczył bardzo nierówny rok. Wystąpił w 6 meczach i 23 biegach, gromadząc 23 punkty i 2 bonusy, co przełożyło się na skromną średnią biegową 1,087. Prawdziwą drogą przez mękę były dla niego mecze wyjazdowe, gdzie jego średnia spadła do zaledwie 0,500, a w inauguracyjnym starciu w Gnieźnie nie zdobył ani punktu. Mimo to przebłyski na domowym torze w Landshut pokazały, iż po opanowaniu problemów zdrowotnych 31-latek wciąż posiada potencjał, by stanowić o sile bawarskich „Diabłów”.

Idź do oryginalnego materiału