Oto cała prawda o kontroli sprzętu FIS. Widziałem to na własne oczy

1 dzień temu
Wyrzucona za drzwi torba ze sprzętem i wściekłość jednego ze skoczków. Ewidentne manipulacje ułożeniem materiału kombinezonu dwóch zawodników. Kontrola elementu sprzętu, o którym mówiło się, iż nigdy się go nie sprawdza. Spędziłem większość konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Innsbrucku pod kabiną kontrolera sprzętu i się nie zawiodłem. Nie zabrakło ciekawych scen. Jednak najważniejszy wniosek z tych obserwacji jest jednak zupełnie inny i niespodziewany.
Kontener numer 1826306. Niebieski, dostarczany przez firmę, która na reklamie na jednej z jego ścian chwali się 40-letnim doświadczeniem. Wygląda zwyczajnie, niepozornie. A skrywa jedno z najważniejszych, jeżeli nie najważniejsze pomieszczenie na całej skoczni. Na drzwiach, które otwierają się co chwilę, wisi kartka z białym napisem na błękitnym tle - barwach promocyjnych Turnieju Czterech Skoczni. Napis to "Equipment Control".


REKLAMA


Zobacz wideo Ogromne zamieszanie wokół dyskwalifikacji Polaka na TCS. O co chodzi z zakazem fluoru?


Obserwowałem "dom" Hafele w trakcie kluczowego konkursu sezonu. Teraz wszystko ujawniam
Gdy otwierają się wspomniane drzwi, wychodzą z nich różne osoby. Niektóre są poubierane w granatowe kurtki i białe czapki. To najczęstszy wygląd działaczy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), ich firmowy ubiór. Taki strój zakłada także kontroler sprzętu Mathias Hafele. To dla Austriaka przez końcówkę pierwszej i całą drugą serię trzeciego konkursu 74. TCS w Innsbrucku stoimy pomiędzy exit gate, przez który zawodnicy opuszczają skocznię, a jego "domem". Czyli kabiną kontrolera sprzętu.
Pomysł na ten tekst powstał po kwalifikacjach przed konkursem w Garmisch-Partenkirchen. Wtedy Mathias Hafele zorganizował część kontroli sprzętu na górze skoczni, chcąc - jak sam potem przyznał - zaskoczyć kadry i skoczków. Nie ostrzegł ich przed tym, tylko tam przyszedł i zaczął przeprowadzać poszczególne pomiary. Tak doszło do kolejnej dyskwalifikacji i wykluczenia z reszty Turnieju Czterech Skoczni Słoweńca Timiego Zajca.
A w niedzielę w Innsbrucku to ja zaskoczyłem Hafele. Czekałem na niego przed kabiną kontroli sprzętu na Bergisel - żeby wypowiedział się w jednej ze sprzętowych spraw, których na TCS mieliśmy już multum, ale przy okazji stwierdziłem, iż to dobra okazja do tego, żeby przyjrzeć się temu, jak pracuje. Opisywałem już jego doświadczenie i wizję pracy jako kontrolera - w tym tekście w ramach Magazynu Sport.pl - na początku sezonu. Teraz przyszedł czas na weryfikację tego, co robi. I to w jednym z najważniejszych momentów sezonu, zawodów, które generują największe zainteresowanie publiczności.


Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Oczywiście, nie byłem wewnątrz kabiny, więc najważniejszej części tego, co robi Hafele nie widziałem. Ale mam wrażenie, iż to tekst, za pomocą którego uda się przybliżyć rzeczywistość tak często komentowanego elementu świata skoków. Wcale nie chodziło o zebranie nowych zdjęć z "przyczajki", dowodów na oszustwa, czy powodów do oskarżania innych. Chciałem zobaczyć, co dzieje się tam w czasie zawodów - co przegapi każdy, kto zajmuje się w tym czasie samym konkursem. I być może skruszyć w taki sposób parę mitów i stereotypów. Nie minęło parę minut, odkąd tam stanąłem i już byłem zadowolony, iż się na to zdecydowałem.


Skoczek otworzył drzwi kabiny mniej niż minutę po tym, jak do niej wszedł. Najpierw wyleciała torba
Spod kabiny Hafele nie widzę strefy lądowania na Bergisel. Trudno, później obejrzę powtórkę konkursu. Staram się jednak śledzić, co się dzieje tak, żeby wiedzieć, kto za kilkanaście minut będzie wchodził do kabiny kontrolera. Zawodnicy z odległych pozycji, wybierani bardzo różnie z listy startowej, czy sami najwięksi faworyci? Gdy patrzę bezpośrednio na drzwi do wnętrza kontenera, oczy muszą pójść na dalszy plan, na którym roztacza się piękna panorama Alp wokół Innsbrucka - przede wszystkim ze słynnym szczytem Nordkette. Za to, patrząc niżej, widzę drogę na skocznię, a na jej końcu tłum ludzi gromadzących się przed innym ważnym kontenerem na skoczni. To oczywiście kolejka do toalety. A na skoczni tego dnia jest przecież 21 tysięcy osób - swoje trzeba odstać.
Skoczkowie przed wejściem do kabiny Hafele tyle nie czekają. Zresztą nie ma potrzeby: na kontrolę swojego sprzętu mogą poczekać we wnętrzu kontenera. zwykle do środka wchodzi po kilku skoczków. Przebywają tam zwykle po kilka-kilkanaście minut. Sama kontrola przebiega bardzo różnie:może potrwać kilkadziesiąt sekund, jeżeli sprawdza się tylko jeden element. A może też właśnie kilka minut, gdy jest szersza. jeżeli wyraźnie się przeciąga, a zawodnik długo nie pojawia się na zewnątrz, da się wyczuć, iż coś jest nie tak.
- Tutaj - wskazuje drogę jednemu ze skoczków Mathias Hafele. Zawodnik po chwili znika wraz z nim za drzwiami kabiny. Po chwili dzieje się jednak coś, co nas kompletnie zaskakuje. Po mniej więcej 40-50 sekundach drzwi otwierają się ponownie. Pierwsza zza nich wylatuje torba na buty, a potem wypada ten sam skoczek, który dopiero co się w niej znalazł. Jest wyraźnie wściekły, denerwuje się w kierunku osoby ze swojego sztabu. Gdy zostaje zapytany, o co chodziło, zaczyna gestykulować ramionami. Jego ruchy wskazują na manipulację ułożenia kombinezonu na ciele - podciąganie go w górę w taki sposób, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo dyskwalifikacji za wysokość krocza, którą od dwóch lat mierzy się nie tylko przed, ale i po skoku.
Nie wiem, co miał na myśli ten skoczek. Po konkursie w Innsbrucku nie zdyskwalifikowano jednak ani jednego zawodnika. Gdy zobaczyłem, co wyprawia po wyjściu z kabiny, byłem przekonany, iż za chwilę pojawi się wśród wykluczonych z wyników. A skoro tak się nie stało: scenariusze są dwa. Albo otrzymał jedynie upomnienie, albo wcale nie chodziło mu o jego kontrolę. Po wszystkim spytałem o niego Mathiasa Hafele, ale Austriak odpowiedział jedynie, iż nie kojarzy, żeby w czasie jego kontroli wydarzyło się coś niespodziewanego i nie rozumiał reakcji skoczka.


Skoczkowie dalej tańczą "makarenę". Najgorzej manipulowali zawodnicy z dwóch kadr
Hafele stara się wprowadzać do swojej kabiny większość zawodników, których zamierza skontrolować. Zwłaszcza tych, u których kontrola ma dotyczyć wysokości krocza. To dlatego, iż po drodze na kontrolę, skoczkowie starają się odpowiednio wznieść materiał stroju w górę. Tak, żeby podczas pomiaru maszyna "kliknęła" - to znak, iż strój jest przepisowy. jeżeli nie usłyszy się tego charakterystycznego dźwięku, można się spodziewać dyskwalifikacji.
Dobrze opisywał to w zeszłorocznym reportażu Sport.pl z Lahti fiński skoczek Arttu Pohjola. 23-latek pokazywał też wszystkie znane mu - i wykorzystywane przez siebie ruchy, które pozwalają naciągać materiał kombinezon na skoczni. Niektóre wyglądały tak, jakby skoczek zachowywał się jak T-Rex, czy tańczył "makarenę".


Czy takie same ruchy można zobaczyć na skoczni podczas tak ważnych zawodów jak konkursy Turnieju Czterech Skoczni? Pytanie nie brzmi "czy?", a "kiedy?". Hafele po to stara się sam przyprowadzać zawodników, żeby mieć na nich oko. Nie patrzy na ich twarz, a stara się opanować wzrokiem całą posturę i ruch skoczka. Nosi im też sprzęt, który bywa wymówką do sporego rozciągania ciału, a zarazem kombinezonu. I z naszych obserwacji wynika, iż zawodnicy się go boją.
Nie boją się natomiast wolontariuszy, którzy zakładają na siebie kamizelkę z napisem "FIS Equipment Control" i wypełniają zadania wyznaczane im na czas zawodów przez Hafele. Oni, niestety, są mniej spostrzegawczy. I chyba mniej wyedukowani, Austriak nie wszystkim z nich mówi, na co zwracać uwagę, gdy zawodnik przychodzi do kabiny. Zwłaszcza iż nie mają mocy sprawczej - nie są kontrolerem, nie mogą podejmować żadnych decyzji.


Mathias Hafele prowadzący na kontrolę sprzętu Kazacha Ilję MiziernychaFot. Jakub Balcerski, Sport.pl


Widziałem kilku zawodników, którzy wyraźnie manipulowali swoimi strojami. Naciągali materiał ramionami, biodrami, a do tego stali w zgięciu górnej części ciała. To przez cały czas nie zniknęło - jest tylko rzadsze, bo Hafele stara się pilnować większości stawki. Ale gdy znika, zaczyna się gimnastyka po drodze do kabiny i przy drzwiach. Dwóch skoczków robiło to w największy, najbardziej perfidny i oczywisty sposób. Nie peszyło ich choćby to, iż obserwujemy to, co się dzieje. Hafele po wszystkim poznał nazwiska tych zawodników. Nie ujawnię ich nazwisk, ale podam, iż byli z kadr Norwegii i Szwajcarii.
Hafele obiecał zwrócić na nich uwagę, a dodatkowo uczulać na obserwowanie podobnych manipulacji wszystkich wolontariuszy. Szkoda, iż nie zrobił tego wcześniej - problem istnieje już od lata i jesieni, jest sprzed sezonu. Austriak był go świadomy. Choć to nie tak, iż wszystko, co "Hafes" zapowiedział przed sezonem, nie ma miejsca. Stojąc pod jego "budką" na Bergisel, widzieliśmy np. osoby, które prawdopodobnie są szpiegami, których wprowadzenie zapowiadał Hafele kilka tygodni temu. Wyglądają jak zwykli kibice lub VIP-y. Skoczkowie raczej nie byliby w stanie wypatrzeć, które to osoby. Muszą zatem zwyczajnie uważać na te "żywe ukryte kamery". Dobrze byłoby jednak także, gdyby z ich obecności pod obiektem wyniknęło coś więcej. Do tej pory nie mieliśmy dyskwalifikacji, przy której moglibyśmy jednoznacznie ocenić, iż to dzięki ich pomocy, ktoś został ściągnięty do kabiny Hafele.
Takiej kontroli się nie spodziewaliśmy. Publikujemy zdjęcie
Stojąc przy kabinie kontrolera, nie ukrywałem się. Wyglądałbym dziwnie, gdybym nagle zaczął się kamuflować. Stojąc w tłumie kibiców, byłbym za to za daleko od kontenera, żeby dobrze rozumieć, co się wokół niego dzieje. Przebywałem tam tylko, gdy kończył się konkurs, a kabina kontrolera pozostawała pusta. Wtedy zrobiłem też bardzo interesujące zdjęcie.


W skokach często słyszeliśmy o "zmianach garażowych", czyli przerabianiu standardowego modelu sprzętu tak, żeby odpowiadał potrzebom konkretnych zawodników. Często wątpliwych w kontekście obowiązujących zasad. Miały nie być sprawdzane przez kontrolera sprzętu, bo zwykle za pewnik brano, iż skoro model producenta sprzętu jest zatwierdzony, to kadry nic z nim nie robią. Tymczasem dostrzegliśmy, jak w pewnym momencie Mathias Hafele podszedł do nart jednego z Austriaków i zaczął się przy nich czaić. Chwilę odczekał, rozejrzał się i rozpiął pokrowiec, którym przedstawiciele sztabu tej kadry, zabezpieczają wiązania. Inni twierdzą, iż to nie dla ich ochrony, a żeby ukryć zmiany, których w nich dokonują. Wiem, kogo dokładnie wiązanie sprawdzał Hafele.


Mathias Hafele dokonujący kontroli wiązania podczas konkursu w InnsbruckuFot. Jakub Balcerski, Sport.pl


Ale wspomniane zdjęcie, które publikujemy wyżej, zrobiłem, kiedy Hafele sprawdzał narty nie austriackiego, a jednego z norweskich zawodników. Widać na nim, iż musiał aż kleknąć, żeby się nim dobrze przyjrzeć.
Możemy zatem wrzucić między bajki, iż Hafele nie sprawdza tego, co znajduje się wewnątrz wiązań zawodników. Mit obalony, naprawdę to robi. Oczywiście, kontroler FIS widział mnie przed kabiną - choć nie zdradzałem mu wcześniej swoich planów. Można zatem wierzyć w teorię, iż kontroli wiązań dokonał "na pokaz". To nie zmienia jednak faktu: widział jedne austriackie i jedne norweskie wiązania. Nie jest prawdą, iż ich nie kontroluje - zrobił to przynajmniej ten raz na Bergisel. A ja nie posunąłbym się do posądzania go o robienie z kontroli sprzętu show. To raczej nie w stylu Hafele.


Bez podmiany nart, z ciszą wokół kabiny. Tak wygląda konkurs skoków z nieznanej perspektywy
On po prostu robi swoje. To ogólne, może bardzo proste, ale i najważniejsze spostrzeżenie z tych kilkudziesięciu minut, które spędziłem pod kabiną w Innsbrucku.
jeżeli Hafele opuszcza kabinę kontroli, to robi to po coś. Najdłużej nie ma go w niej, gdy przebywa obok exit gate w towarzystwie dyrektora PŚ Sandro Pertile. Obserwuje końcówkę konkursu - ale nie same skoki, tylko to, co dzieje się, gdy skoczkowie opuszczą zeskok. Za kulisami było o to do niego sporo zastrzeżeń - że, zwłaszcza na początku sezonu, można tam było robić, co się chce. W Innsbrucku nie widziałem jednak żadnych dziwnych sytuacji. Co więcej, z niepotwierdzonych pogłosek mogłem wykreślić tę o podmianie nart tuż przed kontroli sprzętu. Do kabiny "szedł" ten sam sprzęt, w którym skakali zawodnicy.
Po zawodach za drzwiami kabiny kontrolera panuje zaskakujący spokój. Oczywiście, bywają konkursy, kiedy stoi tam sporo osób. W Innsbrucku co jakiś czas przychodzili tylko niektórzy sztabowcy zabierający narty czy torby skoczków. Może wewnątrz aż kipi i emocje są spore - tego nie wiemy. Na zewnątrz? Kto wie, czy gdyby odpowiednio się przysłuchać, nie wiedziałbym, o czym rozmawiały osoby spacerujące wokół cmentarzu Wilten Friedhof pod wzgórzem, na którym położona jest skocznia.
Najbardziej nerwową osobą wydaje się wówczas Sandro Pertile. Dyrektorowi PŚ zależy na czasie, więc popędza zwycięzcę konkursu w Innsbrucku, Rena Nikaido. - Gaz, gaz - mówi do niego z poważnym spojrzeniem. W końcu realizowane są wywiady, trzeba pokazać najlepszych zawodników publiczności, a potem przygotować podium. Wszystko w bardzo krótkim czasie. Po Włochu widać ulgę, gdy Nikaido wychodzi z kabiny i w końcu udaje się na ceremonię dekoracji.


Pertile poczuł ją pewnie także dlatego, iż obyło się bez żadnego skandalu. Na Turnieju Czterech Skoczni mieliśmy ich ogrom. Mógłbym śmiać się i żałować, iż ja obejrzałem spod kabiny najspokojniejszy konkurs pod tym względem. Z drugiej strony, zobaczyłem, jak wygląda "standard". I jestem zaskoczony tym, iż poza kilkoma sytuacjami, nic mnie wyraźnie nie zaskoczyło. Na pewno coraz bardziej doceniam pracę, jaką wykonuje Hafele. Oczywiście, ten jeden konkurs w kontekście przyszłości niczego nie oznacza i wszystko dalej trzeba obserwować, mieć pod kontrolą. Ale dobrze wiedzieć, iż nie jest tak źle i kontrowersyjnie, jak to czasem sobie wyobrażałem. Może w kwestii kontroli sprzętu w skokach coś naprawdę zmienia się na lepsze?
Idź do oryginalnego materiału