Zacznijmy od meczu rozstrzygającego o pozostaniu na drugim poziomie rozgrywkowym w Polsce. Po chyba najciekawszej rywalizacji tego weekendu przewagę z pierwszego spotkania utrzymała drużyna z Ostrowa Wielkopolskiego. W ogóle interesujące jest to, iż przed rozpoczęciem weekendowych zmagań, układając mecze w kolejności od tych, w których miało wydarzyć się najwięcej, najczęściej można było znaleźć następujące zestawienie: Lublin, Wrocław, Gorzów i Piła. Jako iż żużel jest najbardziej nieprzewidywalną z przewidywalnych dyscyplin sportowych, natężenie emocji w poszczególnych spotkaniach było zupełnie odwrotne i to właśnie w Pile było ich najwięcej. Bardzo długo wydawało się przecież, iż dojdzie tam do jednej z największych remontad ostatnich lat. Pilanie jechali równo i punktowali adekwatnie wszyscy zawodnicy – choćby ci, jak Michał Curzytek, którzy według niektórych żużel powinni dawno rzucić i zająć się zupełnie czymś innym. Gdy już wydawało się, iż słaba i pozbawiona tego dnia realnych argumentów Ostrovia zostanie posłana na deski, dwukrotnie dostała dodatkowy zastrzyk energii. Nie do końca dzięki własnej lepszej jeździe, a raczej za sprawą błędów Wiktora Jasińskiego. Ach, ten Jasiński… Ostatecznie punktów zabrakło. Ostrovia, adekwatnie dzięki Jakobsenowi oraz przy niewielkim wsparciu Seiferta-Salka, Holdera i Sitka, uratowała drugoekstraligowy byt. Słaby mecz na zakończenie rozgrywek pojechał bardzo dobry w ostatnich tygodniach Jakub Krawczyk, który dodatkowo zakończył sezon poważnym upadkiem. Jeden bieg zdołał przejechać na pilskim torze Gleb Czugunow i o ile „polski Rus” nie wróci w przyszłym sezonie do pełni zdrowia, Ostrovii będzie bardzo trudno utrzymać się dłużej na tym poziomie. Ostatnią istotną kwestią była reakcja kibiców Polonii na oświadczenie Wiktora Jasińskiego podsumowujące sezon i ten mecz. Rzadko spotyka się tak pozytywny odzew, tak duże wsparcie oraz takie docenienie waleczności zawodnika. Można tutaj wykorzystać komentarz świętej pamięci Zdzisława Ambroziaka o Pawle Siezieniewskim z jednego z meczów reprezentacji Polski w siatkówce i odnieść go do Jasińskiego: „Wiktora Jasińskiego można określić trzema słowami: zuchwałość, zuchwałość i jeszcze raz zuchwałość”.
Żużel. Co za thriller w Pile! Polonia i Ostrovia biły się o życie niemal do końca! (RELACJA)
Żużel. Jasiński komentuje okropną kraksę z Krawczykiem. Padły przeprosiny
Kolejnym meczem, a adekwatnie dwumeczem, w którym po pierwszej części miało być już wszystko jasne, była rywalizacja Stali Gorzów z PSŻ-em Poznań. Gorzowianie, wzmocnieni Bubą Bednarzem i Igorem Kordunem, mieli na własnym torze dopełnić formalności i zdecydowanie pokonać dysponujące znacznie mniejszą liczbą argumentów Skorpiony. Jak się okazało, podobnie jak w dwumeczu z Włókniarzem, zwycięstwo nie przyszło Stalowcom gładko. Nieco wcześniej niż przed dwoma tygodniami, ale jednak dopiero w biegach nominowanych Stal zapewniła sobie utrzymanie. Sam mecz, podobnie jak cały sezon, przebiegał zgodnie z zasadą, iż w Gorzowie walczono o fundusz nieatrakcyjności, bo mijanek było tyle, ile w kolejce do komunii w kościele. Jakaś co bardziej niecierpliwa emerytka wepchnie się raz na jakiś czas – i mniej więcej tak samo było z walką na gorzowskim torze. Poza trzynastym biegiem mieliśmy schemat: start, ewentualny błąd któregoś zawodnika, a jeżeli do niego nie doszło – wypełnianie programu już po pierwszym okrążeniu. W PSŻ-cie, oprócz świetnego Ryana Douglasa, zasługującego już na promocję do PGE Ekstraligi, bardzo dobre spotkanie pojechał Bartosz Smektała. Zabrakło jednak większego wsparcia ze strony reszty drużyny. Mimo to Poznań pokazał się z dobrej strony i chyba ostatecznie lepiej dla tej ekipy, iż stawia odrobinę mniejsze kroki, zbiera doświadczenie i stopniowo zbliża się do awansu do PGE Ekstraligi. W przyszłym roku, na poziomie Metalkas 2. Ekstraligi, Poznań powinien spokojnie ponownie walczyć o finał i awans szczebel wyżej. Gorzów, po wszystkich perturbacjach, ostatecznie utrzymał się w lidze. Thomsen był w tym sezonie klasą samą dla siebie i, realnie patrząc, drugim najlepszym zawodnikiem ligi. Bednar i Pollestad odpalili na koniec, w barażach, zdobywając jakże ważne punkty na wagę utrzymania. Nie kupuję argumentu, iż do odejścia zmusiły ich kwestie regulaminowe, bo zarówno Czech, jak i Norweg mogliby – gdyby nie finanse – podpisać kontrakty długoterminowe i zostać wypożyczeni do innych drużyn, podobnie jak w tym roku Villads Nagel. To właśnie Duńczyk uzupełni zagraniczny zaciąg Stali, a Gorzów – o ile obędzie się bez dramatów finansowych i serii kontuzji – powinien spokojnie walczyć w przyszłym roku o TOP 4 ligi. Dobrą wiadomością dla wszystkich Stalowców jest też informacja o dużej poprawie stanu zdrowia Jacka Holdera oraz zapewnienie, iż Australijczyk wróci w przyszłym roku do ścigania zarówno w Gorzowie, jak i w cyklu SGP, jako jeden z zawodników z dziką kartą.
Żużel. W Stali Gorzów był stan przedzawałowy! PSŻ walczył do końca! (RELACJA)
Żużel. Czułe pożegnanie Bednara ze Stalą Gorzów! Mówi, iż to zawsze będzie jego tor!
Trzeci mecz i chyba najnudniejsze widowisko całego weekendu. Motor Lublin, bez Mateusza Cierniaka i z Kacprem Woryną dojeżdżającym w swoim pierwszym biegu jedynie do pierwszego łuku pierwszego okrążenia – dużo tych pierwszych razów – rozbił u siebie Unię Leszno, zdobywając brązowy medal Drużynowych Mistrzostw Polski. Unia, adekwatnie bez Janusza Kołodzieja i reszty składu, nie miała ostatecznie żadnych argumentów w walce z drużyną z województwa lubelskiego. Skoro drugim najlepszym zawodnikiem Leszczynian był zdobywca trzech punktów w pięciu biegach, Keynan Rew, to chyba nie trzeba niczego dodawać. Jedynym promyczkiem nadziei i pozytywnym akcentem po stronie Byków był Benjamin Cook, który powoli staje się taką podstawową wersją Leona Madsena. Broń Boże nie Madsenem z Temu. Bardziej – o ile Madsen w najlepszych czasach był jak Ferrari – Ben Cook jest póki co bardzo fajną Alfą Romeo: ładną, szybką, ale jednak jeszcze nie Ferrari. Unia miała złe ostatnie tygodnie i zgadzam się z Krzysztofem Cegielskim, iż powinna się cieszyć z awansu do górnej czwórki, bo w dolnej części tabeli nerwów i ciężarów do udźwignięcia byłobt znacznie więcej. Perspektywy tego zespołu na przyszły sezon również nie są cudowne, bo na ten moment to właśnie Unia ma, moim zdaniem, najsłabszy skład na papierze. Trudno znaleźć wiele szans na znaczące zwiększenie siły tej drużyny. Może rozwój Nazara Parnickiego, może odrobinę więcej od pozostałych juniorów, może kolejny krok Keynana Rew, ale ostatecznie może zabraknąć liderów. Szczególnie w meczach u siebie bardzo widoczny może być brak Grzegorza Zengoty oraz coraz bardziej prawdopodobny brak Janusza Kołodzieja. o ile ten jeden bieg w Lublinie był ostatnim w karierze pana Janusza, to – podobnie jak cały ten sezon – może przypominać ostatnie dwa lata Michaela Jordana w Washington Wizards. Niby jakieś momenty były, ale chyba lepiej byłoby, gdyby taki sezon się nie wydarzył. Kończąc temat Unii, warto wspomnieć o pomyśle działaczy, którzy, szukając seniorów na przyszły sezon, mieliby rzekomo zaproponować Falubazowi Zielona Góra wymianę Dominika Kubery na Kacpra Manię i Emila Koniecznego. o ile to prawda, to trochę tak, jakby Stal Gorzów zaproponowała Motorowi Lublin Przemysława Pawlickiego i Pawła Przedpełskiego w zamian za Bartosza Zmarzlika. Odpowiedź w obu przypadkach mogłaby być tylko jedna.
Żużel. Osłabiony Motor Lublin miażdży Unię! Byki bez medalu, koncert Vaculika! (RELACJA)
Skoro już jesteśmy przy Lublinie, to Motor – mimo pierwszego od lat sezonu tak mocno storpedowanego przez kontuzje – ostatecznie kolejny raz zdobył medal, choć był raczej o poziom niżej od finalistów PGE Ekstraligi. W ostatnim meczu lubelskim seniorom, którzy pozostali na placu boju, wychodziło wszystko. Vaculik zaliczył komplet, a Lindgren i Zmarzlik również otarli się o perfekcję. Szczególnie szkoda Vaculika, bo z tak jeżdżącym Słowakiem zarówno walka o play-off, jak i pierwszy mecz tej fazy z Toruniem mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Czy powinno to zmienić ocenę sezonu Martina Vaculika? Na pewno może go kończyć w lepszym humorze niż na przykład Piotr Pawlicki, ale co interesujące obah zakończyli rozgrywki z bardzo podobnymi i chyba rozczarowującymi dla nich samych średnimi. Motor wyprowadza się z Lublina i żegna się z Frederikiem Lindgrenem. Czy doświadczony Szwed, w innym zespole i być może pod innym numerem startowym, wciąż może być zawodnikiem z TOP 20 PGE Ekstraligi, czy raczej należy widzieć w nim dobre uzupełnienie formacji seniorskiej drużyny, w której wystąpi w okresie 2027? O tym przekonamy się już za około pół roku. Motor, wzmocniony Bubą Bednarzem i być może Norickiem Blödornem, o ile tylko od razu dogada się z torem w Tarnowie, powinien być w przyszłym roku silniejszy i wrócić do realnej walki o ligowy finał.
Na koniec crème de la crème, a raczej Nivea Creme całego sezonu, czyli rewanż finału PGE Ekstraligi we Wrocławiu. Wrocławianie mieli walczyć o mistrzostwo i odrobić 20 punktów straty, a ostatecznie nie utrzymali choćby wrocławskiej twierdzy, minimalnie przegrywając rewanż z niepokonanym w fazie play-off PRES Toruń.
Żużel. Sparta na kolanach! PRES Toruń zdobył Olimpico i zostaje na tronie! (RELACJA)
Zacznijmy od Wrocławia. Co poszło nie tak, skoro Sparta – mimo wygrania rundy zasadniczej – kończy sezon z „tylko” srebrnym medalem? Po pierwsze, mecz w Toruniu i jego końcówka zabiły, mimo późniejszych zaprzeczeń, nadzieję Spartan na walkę o mistrzostwo. Nie uważam, jak prezes Andrzej Rusko, iż Wrocławianie przegrali te biegi frajersko. I choć ani prezes Rusko, ani Piotr Protasiewicz nie do końca rozumieją, jak mogło do tego dojść, to ja, szary pismak, jestem w stanie im to wytłumaczyć. Po prostu w Toruniu w drugiej części sezonu każda przyjezdna para zawodników, gdy gospodarze znajdowali adekwatne ustawienia, nie miała najmniejszych szans na walkę. Cała czwórka seniorów – i nie tylko oni – po dopasowaniu się do toru po prostu wygrywała biegi 5:1. Czy można więc winić Łagutę, Bewleya i Kurtza za to, iż nie powalczyli w trzech ostatnich wyścigach? Szczególnie Artioma może i tak, bo żużlowcy tej klasy powinni reagować, gdy rywale odjeżdżają. Z drugiej strony akurat w tym konkretnym przypadku oskarżenia prezesa Sparty Wrocław wydają się formułowane na wyrost. Co jeszcze poszło nie tak? Tor przygotowany inaczej niż w trakcie sezonu. Trochę żużla obejrzałem już w swoim życiu i dochodzę do wniosku, iż – nie licząc tak skrajnych sytuacji jak tor w Pile na pierwszy mecz tego sezonu z Ostrovią – przygotowywanie nawierzchni specjalnie przeciwko rywalowi, aby go zaskoczyć, i odchodzenie od najlepiej sprawdzającego się dotąd układu nie wychodzi gospodarzom na dobre. Nie przekonuje mnie argumentacja, iż brak Bartłomieja Kowalskiego i przygotowanie toru pod start mogły dać większe szanse juniorom Sparty. Z kim? Torunianie mają adekwatnie samych zawodników – w tym juniorów i zawodnika U-24 – którzy bazują na bardzo dobrych startach i jak najszybszym pędzeniu przed siebie. I trener Protasiewicz przygotował dokładnie taki tor, aby zaskoczyć rywali. W ten sposób przechodzimy do punktu trzeciego, czyli niemal zerowego wsparcia ze strony pary juniorów, która w dziewięciu startach zdobyła trzy punkty, pokonując tylko jednego rywala – Andersen wygrał z Duchińskim w biegu juniorskim. Juniorzy nie zawiedli wyłącznie w tym jednym wyścigu. Niestety okazali się też marnym zastępstwem Bartłomieja Kowalskiego. Kowalski był nierówny – albo, mówiąc wprost, słaby na wyjazdach – ale u siebie często potrafił wcielić się w rolę czwartego mocnego seniora, występować w biegach nominowanych i notować dwucyfrowe wyniki. Po czwarte: 20 punktów straty. Czym innym jest wygrać dwudziestoma punktami spotkanie zaczynające się od stanu 0:0 albo mecz rundy zasadniczej, którego znaczenie jest niewielkie, a czym innym odrobić taką stratę w rewanżu o mistrzostwo Polski przeciwko aktualnemu mistrzowi. Byłoby to możliwe, gdyby spełnił się wspomniany przez Artioma Łagutę w Kolegium Żużlowym scenariusz „4 × 12”, czyli gdyby każdy z liderów Sparty przywiózł wynik bliski kompletowi. Ostatecznie Łaguta zrobił swoje, choćby z nadwyżką, jadąc genialny mecz. Kurtz również zdobył punkty, których można było od niego oczekiwać. Bewley, wracający po kontuzji, zrobił choćby więcej, niż ktokolwiek zakładał. Zawiódł jednak czwarty z liderów – kapitan. Maciej Janowski pojechał gorsze mecze finałowe w roku, w którym ogólnie prezentował się dużo lepiej niż w zeszłorocznych półfinałach, rozgrywanych w sezonie, gdy wielu wieściło już jego koniec. Janowski dał ciała, nie ma co się oszukiwać, ale warto odnieść się do dwóch kwestii. Po pierwsze, do słabszej formy po podpisaniu kontraktu. Myślę, iż więcej tu przypadkowej zbieżności wydarzeń niż rzeczywistej zależności. To właśnie Janowski wydaje się zawodnikiem, któremu na klubie i jego wynikach zależy najbardziej. Szerokie grono osób sugerujących zmianę kapitana na lepszego w ostatnich latach Artioma Łagutę albo nie rozumie lub nie zna znaczenia Maćka Janowskiego dla klubu, albo po prostu nie pojmuje roli kapitana – zarówno pod względem sportowym, jak i pozasportowym. I jeszcze przypomnienie dla narzekających kibiców wicemistrzów Polski, odsądzających Janowskiego od czci i wiary: to w dużej mierze dzięki niemu Sparta wygrała rundę zasadniczą i zyskała przywilej wyboru rywala, co – jak się okazało – miało najważniejsze znaczenie dla zdobycia przez Spartan medalu DMP. Bez wkładu Janowskiego, kto wie, czy Sparta nie jechałaby kolejny rok w finale pocieszenia albo, w najgorszym przypadku, nie byłaby już dawno po sezonie, jak GKM Grudziądz. Krytykujcie, wymagajcie, ale też pamiętajcie i patrzcie z perspektywy niezaślepionej emocjami.
Żużel. Rusko o regresie Janowskiego i frajerstwie w Toruniu! Czy pójdzie po Zmarzlika? (WYWIAD)
Było dużo o Wrocławianach, a na koniec trzeba też oddać trochę miejsca w felietonie mistrzom. Torunianie przeżywali w trakcie sezonu większe i mniejsze kryzysy, ale sam wskazywałem dwie główne kwestie do rozwiązania, aby ta maszyna również w tym roku nie dała szans rywalom. Myślę o ustabilizowaniu formy Noricka Blödorna oraz powrocie Mikela Michelsena do dyspozycji z zeszłego sezonu. Co ostatecznie dostaliśmy? Być może formę najlepszego zawodnika U-24 w lidze w przypadku Niemca i poziom osiągany wyłącznie przez Bartosza Zmarzlika oraz Artioma Łagutę w przypadku Duńczyka. To nie miało prawa zakończyć się inaczej. Torunianie byli zbyt mocni i zbyt równi jako zespół, aby jakikolwiek rywal w fazie play-off mógł im zagrozić, a zdobycie twierdz w Lublinie i Wrocławiu tylko to potwierdza. Toruń może być za rok jeszcze lepszy dzięki stabilizacji formacji seniorskiej, rozwojowi juniorów oraz pozyskaniu na pozycję U-24 Mathiasa Pollestada. Najważniejszym argumentem za kontynuacją dominacji jest jednak, według mnie, domowy stadion, czyli Motoarena. Nie została ona zdobyta przez żadną drużynę w 2026 roku i daje ten komfort, iż adekwatnie każdy wynik oraz każdą sytuację można odwrócić w spotkaniu na tym obiekcie. w tej chwili nie ma w Polsce ekipy, która przy optymalnych warunkach pogodowych mogłaby być na Motoarenie konkurencyjna dla gospodarzy. Wiele wskazuje na to, iż z perspektywy trzech lat, przy porównaniu Apatora z Motorem, to właśnie obecni mistrzowie będą stawiani wyżej jako drużyna historycznie silniejsza. Jeszcze rok temu, gdy patrzyło się na hegemonię Motoru Lublin, wydawało się to czystą abstrakcją.
Ostatnim wydarzeniem tego weekendu był piątkowy finał SEC. Przed jego rozpoczęciem różnice w czołówce klasyfikacji generalnej były minimalne, ale gwałtownie okazało się, iż o zwycięstwo, a zarazem przepustkę do SGP, powalczy dwóch zawodników: Leon Madsen i Maciej Janowski. Ostatecznie turniej – po raz drugi w tym sezonie – wygrał Maciej Janowski, ale całe rozgrywki padły łupem „Mr. SEC”, czyli Leona Madsena. Duńczyk zajął w finale trzecie miejsce i zdobył mistrzostwo z przewagą jednego punktu. Madsen kolekcjonuje medale mistrzostw Europy i jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii tego cyklu zmagań. Janowskiemu pozostał natomiast niedosyt. Najpierw przegrał walkę w SGP Challenge, gdzie defekt w ostatnim biegu odebrał mu szansę na awans, a teraz kwalifikację do SGP stracił o jeden punkt. W obu przypadkach można mówić o detalach, ale za każdym razem „Magic” miał słabszy początek i dopiero z biegiem zawodów – podczas SGP Challenge – lub kolejnych rund SEC stopniowo się rozkręcał.
Żużel. Madsen zepsuł wieczór Polakom! Janowski był tak blisko Grand Prix! (RELACJA)
Ostatecznie promotor zdecydował się przyznać Janowskiemu dziką kartę na sezon 2027 i w cyklu zobaczymy aż czterech Polaków. Patrząc z perspektywy całego sezonu 2026, wydaje się, iż była i jest to w tej chwili najlepsza czwórka polskich zawodników. Sam Janowski, już w ujęciu globalnym, mógł pochwalić się najlepszymi wynikami i był najbliżej awansu spośród wszystkich żużlowców wymienianych w dyskusjach o przyznaniu „dzikusa”. Smutnym, ale też znamiennym akcentem, którym można zakończyć ten temat, jest postawa części polskich fanów. Większość z nich – również spoza Wrocławia – cieszyła się, iż kolejny Polak będzie startował w SGP. Była jednak grupa polskich kibiców i dziennikarzy, która w tym wyścigu trzymała kciuki za zawodników zagranicznych. Co bardziej dociekliwi i pamiętliwi mogą wskazać te same osoby jako piewców oraz obrońców patriotyzmu i polskości w chwili, gdy ważyły się losy mistrzostwa świata, a każdy, kto nie kibicował Bartoszowi Zmarzlikowi, stawał się wrogiem. Czyli niekibicowanie Zmarzlikowi to potwarz, ale trzymanie kciuków za Thomsenem lub Kvechem to już racjonalne podejście do sprawy. Oczywiście część tych osób tłumaczyła, iż wcale nie chodzi o personalną niechęć do Janowskiego, prezesa Rusko, Sparty czy Wrocławia. Ich zdaniem dziką kartę powinien otrzymać Polak, ale młodszy. Tylko iż jeżeli spojrzymy na wyniki indywidualne, a także ligowe, osiągnięcia Cierniaka, Przyjemskiego czy Pawełczaka nie mogą się one póki co równać z kapitanem Sparty. Międzynarodowe rozgrywki indywidualne ostatnich lat pokazały ponadto, iż żaden z tych zawodników nie pozostało na poziomie pozwalającym realnie powalczyć o coś więcej w SGP. Janowskiego nie ustawiłbym w jednym szeregu z Lambertem, Kurtzem i Zmarzlikiem, ale wynikowo powinno mu być bliżej do TOP 7 niż do bezbarwnych w ostatnim sezonie SGP Lebiediewa czy Kubery.
Żużel. Co z Janowskim w Grand Prix? Znamy decyzję!
I jeszcze dla tych, którzy są zmiennocieplni niczym najstarsze dinozaury, krótki kącik liryczno-muzyczny:
„Przyjacielu, bądź uprzejmy mieć wątpliwość”.
Kornel Jasiński

1 tydzień temu


![Wyścig 6h Barcelony WEC [Relacja live]](https://powrotroberta.pl/wp-content/uploads/2026/10/DPPIPRODUCTION_00005128_0743-1-scaled-e1792316379878.jpg)









