Niedzielna wyprawa INNPRO ROW-u Rybnik do Łodzi zakończyła się zimnym prysznicem. „Rekiny” wyraźnie uległy miejscowemu Orłowi 37:53. Jednym z zawodników, którzy próbowali wytłumaczyć tak słaby wynik, był Jesper Knudsen. Młody Duńczyk nie szukał wymówek, wskazując na błędy w dopasowaniu sprzętu i zaskakującą nawierzchnię.
Drużyna prowadzona przez Roberta Mikołajczaka od początku meczu miała ogromne problemy z nawiązaniem walki z gospodarzami. Poza znakomitym Janem Kvechem (14+2), reszta składu ROW-u była dla łodzian tylko tłem. Sam Knudsen zaczął nieźle, ale po wygranej w ósmym biegu kompletnie zgasł i w trzech kolejnych startach przywoził same zera.
Knudsen po meczu przyznał otwarcie, iż poza czeskim liderem, cała drużyna błądziła we mgle, szukając ustawień.
– Zawsze jedziemy po wygraną, ale dzisiaj jako zespół strasznie męczyliśmy się z ustawieniami. Nie potrafiliśmy znaleźć niczego, co by zadziałało. Tylko Jan Kvech był dopasowany. Dla mnie to frustrujące, gdy od pierwszego biegu walczysz bardziej z motocyklem niż z rywalami – mówił wyraźnie zawiedziony Jesper Knudsen.
Tor przy ulicy 6 sierpnia w Łodzi słynie z tego, iż potrafi zmieniać swoje oblicze. Knudsen zauważył, iż nawierzchnia przygotowana na mecz z ROW-em drastycznie różniła się od tej, którą widział podczas poprzednich meczów Orła.
– Tor był okej, ale zaskoczyło mnie to, jak bardzo był twardy i śliski. Ostatnio, gdy oglądałem mecz Orła, nawierzchnia wydawała się bardzo przyczepna. Widać, iż tu wszystko gwałtownie się zmienia – analizował Duńczyk.
Dla zawodnika preferującego walkę na dystansie, twardy tor był sporą przeszkodą, zwłaszcza przy niekorzystnych polach startowych.
– Cztery razy startowałem z wewnętrznych pól, co na takim torze jest katorgą. O wiele łatwiej jest, gdy możesz szukać „odsypanego” pod płotem i napędzać się swoimi ścieżkami. Nie ma co zwalać na innych – po prostu byliśmy dzisiaj za wolni – podsumował Jesper Knudsen.
Jesper Knudsen















